Instytut Ronalda Reagana
Za co płacimy szefowi rządu?
Jerzy Rzędowski

Za co płacimy szefowi rządu?

dodano: 18.10.2006

Ze wszystkich definicji socjalizmu mnie najbardziej podobają się dwie, w tym słynna Kisielowa: „socjalizm to ustrój bohatersko zwalczający problemy nieznane w innych ustrojach”. Ostatnie doniesienia mediów o tzw. aferze begergate skłaniają mnie jednak do myślenia, że ta definicja pasuje nie tylko do socjalizmu, ale i na przykład do miłościwie nam panującej demokracji parlamentarno-gabinetowej.

Gdy to piszę, politycy i publicyści szaleją. Jedni prześcigają się w obelgach na PiS – że miała być odnowa moralna, a wyszło jak zawsze, że to handel stanowiskami, korupcja i tak dalej. Inni przypominają, że identyczne metody stosowała każda z dotychczas rządzących partii. Premier tłumaczy, że „chcieli dobrze”. W internecie krążą parodie reklam („I stołki załatwiamy! A załatwiacie? Załatwiają!”). Renata Beger wyrasta na ostatnią nieprzekupną polskiego parlamentu. Pamiętliwi przypominają, że Andrzej Lepper całkiem niedawno był dla PiS „warchołem i chamem”, a teraz znów staje się „panem wicepremierem”. Opozycja w teatralnym stylu udaje święte oburzenie („my nigdy byśmy tak nie zrobili, ach gdzieżby!”) – przy czym jest to teatr wyraźnie amatorski.

Nikt jednak nie mówi, że rozmowa posłów PiS z Renatą Beger to naturalna konsekwencja istniejącego w Polsce ustroju. Ustroju, w którym istnienie rządu zależy od matematycznej większości w parlamencie, a ta może zmieniać się nawet codziennie. Ustroju, w którym głosuje się na partie, ale to wcale nie oznacza że wybrane ugrupowania w całości i pod tym samym szyldem dotrwają do następnych wyborów. Ustroju, w którym głosując na konserwatystę Kowalskiego mogę tak naprawdę niechcący wybrać liberała Nowaka, który po zmianie barw klubowych doprowadzi do utworzenia narodowo-socjalistycznego rządu Malinowskiego. Ustroju, w którym kadencja parlamentu może równie dobrze trwać cztery lata, co kilka miesięcy. Ustroju, w którym parlament – oprócz garstki liderów-pewniaków – składa się z szarej masy drżącej o to, czy dotrwa do końca kadencji i zdąży z diet poselskich spłacić kredyty zaciągnięte na kampanię wyborczą. Ustroju, w którym rządzi arytmetyka i to nie ta z dnia wyborów, ale ta z dzisiaj rana.

Posłowie Lipiński i Mojzesowicz zaproponowali posłance Beger stanowiska w zamian za zmianę przynależności partyjnej. Zależało im na dodatkowych głosach, a do dyspozycji mieli posadę w ministerstwie. Takie targi mogą wydawać się obrzydliwe z zasady, jeśli uznajemy za zasadę przejrzystość życia publicznego, ale przecież są logiczne w naszym ustroju! Potrzebowali głosów posłów z innych klubów, tak? Posłowi wolno zmieniać klub, tak? Rząd może mianować urzędników, tak? W świecie nie ma nic za darmo, tak?

Wiem, to cyniczne. Prezentuję jednak nie własne poglądy, a logikę systemu w którym żyjemy.

A czynię to na stronie Instytutu im. Ronalda Reagana, ponieważ przy okazji „begergate” i kolejnego rządowego przesilenia nasz ustrój bohatersko zwalcza problem nieznany w systemie prezydenckim. W systemie prezydenckim rząd oczywiście może potrzebować głosów posłów do przeforsowania jakiejś konkretnej ustawy – i pewnie jakieś targi się tam też zdarzają, przy czym konstytucja USA zabrania łączenia mandatu posła z zatrudnieniem w administracji.

Jednak rząd prezydencki nie musi ciułać poselskich głosów do swego istnienia!

Podobnie rzecz się ma z wybieranym większościowo parlamentem. Deputowany jest doń wybierany za swoje osiągnięcia i nazwisko, a nie tylko za partyjny szyld – i z chwilą wyboru staje się legislatorem, a nie gwarantem ministerialnych wynagrodzeń! Nie wiem, czy zdarzają się w Kongresie USA zmiany klubowych barw, ale takie wydarzenia nie są w stanie zachwiać rządem, ponieważ kadencja szefa rządu nie zależy od kadencji parlamentu.

Oczywiście, amerykański system rządów ma swoje, czasem niezrozumiałe dla nas problemy. Zdarzają się brudne chwyty jednej partii wobec drugiej, zdarza się prezydent-lubieżnik, zdarzają się burzliwe spory wokół jakiejś ustawy lub rządowej polityki. Zdarzają się lewicowi urzędnicy demontujący gniazdka elektryczne, gdy prezydentem ma zostać republikanin – i pewnie jeszcze parę patologii by się znalazło. Nie chodzi jednak o incydenty, ale o podstawowe zasady gry. W systemie prezydenckim zadaniem szefa rządu jest kierować administracją i reprezentować kraj, a rozliczenie następuje co cztery lata, w wiadomym z góry terminie. W III/IV RP zadaniem szefa rządu wydaje się być klecenie większości i zapobieganie rozpadowi koalicji, a gdy starczy czasu – głaskanie wyborców, na wypadek gdyby okazało się że wybory jednak będą jeszcze tej jesieni/zimy/wiosny/lata. Czyli – bohaterskie zwalczanie trudności nie znanej w normalnym ustroju.

Cóż, widocznie polscy wyborcy wolą bohaterstwo i mocne wrażenia, a amerykańscy – wygodę i bezpieczeństwo. I właśnie za to jedni i drudzy płacą pensje szefom swoich rządów…

Jerzy Rzędowski