Instytut Ronalda Reagana
Wolność i Wiara, czyli charyzmatyczne przywództwo Reagana

Wolność i Wiara, czyli charyzmatyczne przywództwo Reagana

dodano: 01.10.2011

Ronald Reagan (1911 – 2004) – 40. prezydent Stanów Zjednoczonych (1981 – 1989) jest powszechnie uznawany za jednego z najwybitniejszych przywódców demokratycznych XX wieku.

Wymieniany obok M. Thatcher, W. Churchilla, Ch. de Gaullle, K. Adenauera, czy F. D. Roosevelta, doprowadził swój kraj do zwycięstwa w rywalizacji z drugim po USA najpotężniejszym ówcześnie państwem świata – ZSRR i w konsekwencji zapoczątkował okres jednobiegunowej hegemonii Stanów Zjednoczonych w polityce światowej.

Przypisywany mu – przez jednych bezpośrednio i entuzjastycznie, przez innych pośrednio i z rezerwą – sukces w postaci upadku całego bloku państw komunistycznych po 1989 r. nie był jednak jego jedynym sukcesem, choć niewątpliwie najważniejszym. Pomijając dwukrotne sprawowanie urzędu (reelekcja w 1985 r.) i wysoki poziom zaufania społecznego wykraczający poza swoją kadencję (jego następcą, na fali popularności samego Reagana, został G. Bush, dotychczasowy wiceprezydent), co zawsze w demokracji daje pewien obraz o sile przywództwa, to jednym z największych osiągnięć tego prezydenta było to, że dokonał on zwrotu w polityce ekonomicznej kraju skutkującego wielkim wzrostem gospodarczym i podniesieniem się poziomu dobrobytu w społeczeństwie. Osiągnął to m.in. poprzez: znaczne obniżenie podatków, wzrost deficytu budżetowego, ustabilizowanie dolara, redukcję inflacji, znaczne obniżenie bezrobocia oraz zwiększenie tempa rozwoju gospodarczego do poziomu wcześniej nie notowanego w historii USA. I chociaż radykalna obniżka podatków była jego niemal sztandarowym hasłem, któremu starał się być wierny, to nie była jedynym elementem tzw. reaganomiki, czyli nowej ekonomii (w gruncie rzeczy klasycznie liberalnej, czy w nowocześniejszej terminologii – libertariańskiej), którą podczas swoich dwóch kadencji konsekwentnie forsował. Obok spraw podatkowych wymienić bowiem należy: poważne ograniczenie interwencji rządu federalnego (z wyjątkiem nakładów na kompleks militarny), ale jednoczesne zmniejszenie ograniczeń dla wielkich korporacji, zdecydowane poparcie dla rozwoju biznesu, ale jednoczesną walkę z wielkimi monopolami (np. demonopolizacja rynku telekomunikacyjnego). U podstaw tej ekonomii leżały niewątpliwie: zaufanie do wolnego rynku, wolnej przedsiębiorczości, indywidualnej inicjatywy obywateli, poszanowanie „świętego” prawa własności oraz niechęć do interwencjonizmu państwowego i rozdmuchanej biurokracji.

Rzadko który przywódca demokratyczny może pochwalić się osiągnięciami na tylu polach, co właśnie Reagan. Nie mniej charyzmatyczny Roosevelt stworzył New Deal, wyprowadził kraj z kryzysu, wygrał wojnę światową (w koalicji państw), ale musiał pogodzić się z dwubiegunowym podziałem świata i zaakceptować fakt, że wielka grupa państw pod przywództwem totalitarnego reżimu komunistycznego stale zagrażała pokojowi na świecie. Reagan sukcesy na polu ekonomii przekuł – poprzez zwiększenie nakładów na zbrojenia (program gwiezdnych wojen i wyścig zbrojeń) oraz finansowanie antykomunistycznych ruchów na całym świecie – w niekwestionowany sukces na arenie międzynarodowej.

Jakie źródło mają te wszystkie sukcesy? Czy to tylko kwestia szczęśliwego zbiegu okoliczności? Oto z jednej strony pojawia się nastawiony reformistycznie przywódca konkurencyjnego bloku państw (M. Gorbaczow), do tego mamy do czynienia ze wzrostem tendencji wolnościowych w Europie środkowej i wschodniej oraz kryzysem gospodarczym w krajach komunizmu, z drugiej strony –wzrost gospodarczy w USA, udana rywalizacja o nakłady na zbrojenia, której ZSRR nie mogło sprostać. Zapewne wszystkie te czynniki miały istotne znaczenie dla uformowania się obrazu Reagana jako skutecznego, konsekwentnego, a wręcz niezłomnego przywódcy – zwycięzcy. Neomarksistom taka interpretacja chyba by wyczerpywała wyjaśnienie tego stanu rzeczy. Mamy tu bowiem ulokowane w centralnym miejscu czynniki ekonomiczne, ściślej biorąc – ową Marksowską „bazę” w postaci środków produkcji i interesów określonej klasy posiadaczy kapitału (m.in. kompleks militarny), która określa wszystkie zachowania polityczne i wyznacza w sposób ściśle deterministyczny przyszłe zdarzenia w „nadbudowie”. Tyle że kryzysy tzw. niedoboru w gospodarkach komunistycznych, które obserwowaliśmy w latach 80. XX wieku nie były pierwszymi i chyba nie największymi w ich historii. A i wzrost gospodarczy w USA nie był pierwszym z kilku cyklów koniunkturalnych, jakich USA miało szczęście doświadczyć po II wojnie światowej. Można zatem powiedzieć, że czynniki ekonomiczne miały w przypadku sukcesu przywództwa Reagana wielkie znaczenie, ale nie jedyne. Spełniły – jak mawiają logicy – warunek konieczny uczynienia go jednym z najważniejszych przywódców w historii, ale nie mogły wyczerpać wszystkich warunków tzw. wystarczających.

W niniejszej analizie niektórych tylko (wobec złożoności materii) elementów przywództwa Ronalda Reagana w okresie jego prezydentury w latach 1981-1989 zamierzam pokazać z jednej strony pewien wybrany aspekt owego przywództwa, jakim były silne i wyraziste motywacje o charakterze aksjologicznym (sensu largo) i działania będące ich konsekwencją, z drugiej zaś wpisanie owego przywództwa w szerszy kontekst teoretycznej refleksji i scharakteryzowanie go jako tzw. transformacyjnego w sensie Burnsa. Wychodząc od założenia, że wiarygodna charakterystyka przywództwa Reagana nie może ograniczyć się do opisu czynników ekonomicznych, które towarzyszyły jego prezydenturze, odnalazłem w jego biografii pewne fundamentalne idee o charakterze religijnym, moralnym i światopoglądowym, którymi się kierował – a przynajmniej które publicznie wielokrotnie i dobitnie deklarował – a które miały przemożny wpływ na styl i jakość jego przywództwa.

James MacGregor Burns w książce „Leadership” (1978, New York, Harper & Row) wyodrębnił trzy różne style przywództwa. Pierwszy typ „laissez–faire” polega na wyraźnej niechęci przywódcy do angażowania się w sprawy wykraczające poza jego jasno określone kompetencje. Stara się on trzymać z dala od faktycznego kierowania podległym sobie urzędem, wyręcza się współpracownikami, deleguje uprawnienia, co pozwala mu na skoncentrowanie się na innych, ważniejszych z jego punktu widzenia sprawach. Ten typ nie wyklucza zaangażowania ideologicznego, czy wielkiej aktywności na innych polach, niż ściśle przypisane mu prawem kompetencje. Reagan niewątpliwie uważany był za takiego przywódcę w stosunku do swej administracji (w naszej terminologii: rządu). Wyrażenie „w stosunku do” jest tu o tyle istotne, że Burns zdaje się stawiać kwestie relacji przywódca – podwładni właśnie jako najbardziej charakterystyczne dla stylu przywództwa jako takiego. Tymczasem stosunek do aktywności podwładnych, organizowanie ich pracy, koordynowanie działań, motywowanie, rozliczanie, nadzorowanie, to tylko jeden z wycinków działań, jakie możemy przypisać przywódcy. Reagan rzeczywiście był „laissez-faire” w stosunku do podlegających mu urzędników (co pokazała afera Iran-contras z udziałem CIA), ale zdecydowanie nie obojętny wobec wojny ideologicznej, którą wytoczył komunistom a także wobec takich spraw jak aborcja, przestępczość, religijne wychowanie w szkołach itd.

Drugi typ – transakcyjny jest zdecydowanie stylem bardziej aktywnym. Przywódca angażuje się w podejmowanie decyzji politycznych, aktywnie zarządza, ingeruje, pracuje kolegialnie, sprawia wrażenie technokratycznego, pragmatycznego, elastycznego, ale niezwykle kompetentnego. Jego bronią jest kompromis, metodą – negocjacje a celem – poparcie społeczne wywalczone umiarkowanymi posunięciami. Można z grubsza powiedzieć, że ten styl nie pasuje do wizerunku Reagana. Nie interesował się on szczególnie mocno pracami podległej mu administracji, o czym już wspomniałem, dawał spore pole do popisu swoim współpracownikom, nie najlepiej się czuł w ciałach kolegialnych i komitetowych, a już na pewno nie był elastyczny, wyrachowanie pragmatyczny i skłonny do spektakularnych kompromisów.

Trzeci styl – transformacyjne opisuje przywódcę jako inspiratora i wizjonera. Jest on nie tylko mocno motywowany przekonaniami ideologicznymi (albo moralnymi, czy religijnymi), ale nadto wykazuje osobistą determinację i silną wolę polityczną. Nie konsensus i kompromis, ale mobilizacja zwolenników, misja i przesłanie, wytyczenie dalekosiężnych planów, postawienie wysoko poprzeczki swoim zwolennikom i całemu społeczeństwu, odwaga sprostania przeciwnościom i zamiłowanie do walki. Burns mówi wprost, że taki transformacyjny styl przywództwa polega na tym, że „lider i jego zwolennicy wynoszą się wzajemnie na wyższy poziom motywacji i moralności” (‘leaders and followers raise one another to higher levels of motivation and morality’, Burns s. 20).

Ten może nieco emfatyczny opis jak najbardziej pasuje jednak do takich osobowości jak np. gen de Gaulle, który lubił, gdy go porównywano do ojca narodu, wiele mówił o misji narodu, o wielkich celach państwa itp. Takim przywódcą, moim zdaniem, był także Reagan. Stawiam tezę jeszcze mocniejszą: Reagan był ucieleśnieniem najbardziej wyrazistego i najbardziej typowego przywódcy transformacyjnego (w sensie opisanym powyżej za Burnsem), jakich znamy. Typologie zwykle to mają do siebie, że nie opisują wprost rzeczywistości, ale za Maxem Weberem i jego „typem idealnym” tworzą abstrakcyjny model teoretyczny, do którego obserwowane w realnym życiu przypadki mniej lub bardziej „pasują”. Ten czy tamten przywódca „bardziej pasuje” do modelu tego czy innego, ale żaden nie w stopniu doskonałym, każdy bowiem da się opisać w kategoriach odchyleń, wyjątków, odcieni i niuansów. Reagan tymczasem to doskonały przykład na to, by zilustrować jako przykład typ transformacyjny niemal w czystej postaci. Z zastrzeżeniem, że jego relacje z podwładnymi (administracją), choć noszą znamiona „laissez-faire”, są jednak nieistotne w charakterystyce stylu przywództwa. O przywództwie transformacyjnym można powiedzieć jeszcze to, że buduje ono wzajemny związek między przywódcą a zwolennikami, którego „istotą (…) jest wzajemne zaangażowanie. Przywódca staje się niezależną siłą, która przetwarza ‘motywacyjną bazę’ zwolenników, ponieważ to przywódca odgrywa główną rolę gdy chodzi o urzeczywistnienie wspólnego celu. To przywódca troszczy się o motywacje zwolenników, ich pragnienia i potrzeby. Toteż jeśli zmiany – jak podkreśla Andrew McFarland (nawiązując do definicji Webera) – powodowane przez przywódcę są zgodne z jego zamierzeniami, sprawuje on władzę. Jeśli te zmiany nie są przez niego zamierzone, ani chciane, ma on na nie wpływ, ale nie władzę” (T. Żyro, Wstęp do politologii, PWN 2007, s. 273).

Reagan miał i wpływ i władzę; troszczył się o motywację zwolenników, a do tego roztaczał szeroką i dalekosiężną wizję wolnego świata, która ich ujmowała i mobilizowała. Jakie motywacje nim kierowały? W przemówieniu inauguracyjnym z 20 stycznia 1981 r. Reagan tak mówił: „Wolność jest uniwersalnym prawem wszystkich dzieci Boga… Kwestia wolności to kwestia Boga… Jego wolą było uczynienie nas wolnymi ludźmi” (w: Toboła – Pertkiewicz i Chodakiewicz (red.), Moja wizja Ameryki, s. 100). To połączenie idei wolności z religijnym przekonaniem, że jest ona darem Boga i jego zamiarem względem świata, towarzyszy Reaganowi od początku jego publicznej kariery najpierw jako prezesa Związku Zawodowego Aktorów w Hollywood, później gubernatora Kalifornii. Nie była to idea nowa w Ameryce. Już w Deklaracji Niepodległości z 4 lipca 1776 r. czytamy: „Uważamy następujące prawdy za oczywiste: że wszyscy ludzie stworzeni są równymi, że Stwórca obdarzył ich pewnymi nienaruszalnymi prawami, że w skład tych praw wchodzi życie, wolność i swoboda ubiegania się o szczęście, że celem zabezpieczenia tych praw wyłonione zostały wśród ludzi rządy … (podkr. – W.W.)”.

Doskonałą ilustracją do tezy o silnej moralno-religijnej motywacji Reagana jako przywódcy może być analiza jego wystąpienia z 8 marca 1983 r., zapamiętanego przez świat głównie z powodu słynnego określenia, jakim obdarzył światowy komunizm. Nazwał go „imperium zła”. Przemówił wówczas w Orlando na Florydzie do Narodowego Stowarzyszenia Ewangelicznych Chrześcijan. Język, styl, ale głównie efekt, jaki wywołało owo przemówienie odbiły się szerokim echem po świecie, niczym równie słynne przemówienie Churchilla o „żelaznej kurtynie”. Można się spierać, czy słowa mają realną moc sprawczą, tzw. performatywną, w polityce, a jeśli tak to na ile. Jednak zdaniem wielu późniejszych komentatorów życia publicznego przemówienie to było „jednym z najważniejszych gestów, który pomógł wygrać zimną wojnę” (P. Kengor, Ronald Reagan. Duchowa biografia, 2011, s. 297).

Na początku przemówienia Reagan podkreślił rolę religii w budowaniu amerykańskiej demokracji, wskazując, że wolność i swobody jednostki „mają się dobrze tylko wtedy, gdy człowiek gorliwie zabiega w modlitwie o ich zachowanie i błogosławieństwo dla nich od Boga”. Cytował wypowiedzi Jeffersona mówiące o Bogu i wolności, a następnie Waszyngtona o nierozłączności moralności z religią oraz ich wpływie na politykę. Ubolewał nad „nowoczesną świeckością”, która odrzucała „wypróbowane wartości”. Wyraził troskę o rosnącą liczbę nieślubnych dzieci i dokonywanych aborcji. Postulował przywrócenie religii do szkół. Po czym zaczął rozważania bardziej teologiczne o naturze człowieka, grzechu i obowiązku każdego człowieka walki ze złem. A zło jest realnie obecne w świecie i wymienił: rasizm, antysemityzm, nienawiść etniczną.

Można powiedzieć, że zaczął od człowieka i jego duchowej walki z własną grzeszną naturą, a następnie przeszedł do bolączek i zła w Ameryce. Dopiero wtedy uderzył w komunistów. Zarzucił im relatywizm: wszystko co czynią, czynią nie w imię moralności i dobra jako takiego, lecz w imię walki klasowej i rewolucji. Ich zadaniem jest zniszczyć ład światowy, obalić wolność i moralność. „Musimy im jednak uświadomić, że nie zrezygnujemy z naszych zasad i standardów. Nigdy nie oddamy naszej wolności, nie porzucimy naszej wiary w Boga” – kontynuował. Następnie opowiedział historyjkę o tym, jak pewien człowiek przed laty wyznał mu, że wolałby widzieć swoje córeczki umierające a zachowujące wiarę w Boga, niż oglądać ich dorastanie w bezbożnym komunizmie. Rozpoznał w tym głęboką prawdę o różnicy między doczesnością a wiecznością. (Czy była to jego uwspółcześniona wersja słynnego ‘Better dead than Red’, sloganu znanego z doby makkartyzmu?). Wezwał do modlitwy za komunistów: „Módlmy się o ocalenie (‘salvation’ – może też znaczyć zbawienie) wszystkich tych, którzy żyją w ciemnościach totalitaryzmu”. Ale jednocześnie przestrzegł, że „przewidują oni swoją ostateczną dominację nad wszystkimi narodami, stanowią kwintesencję zła współczesnego świata”. Niczym dowódca armii zwracał się do swych religijnych „żołnierzy”: „Zachęcam was do odważnego występowania przeciwko tym, którzy chcieliby spowodować, że Stany Zjednoczone znalazłyby się w militarnej i moralnej niższości… Uczulam was, żebyście byli świadomi pokusy pychy, pokusy beztroskiego stawiania siebie ponad to wszystko i jedynie obarczania równą winą obie strony konfliktu. Przestrzegam również przed ignorowaniem faktów historycznych i agresywnej postawy Imperium Zła, nazywania wyścigu zbrojeń po prostu gigantycznym nieporozumieniem, a tym samym usuwania siebie z pola walki między czymś słusznym a niesłusznym, między dobre a złem”.

Pod koniec wystąpienia przypomniał, że „prawdziwy kryzys, przed którym teraz stoimy, ma charakter duchowy i w zasadzie jest próbą moralności i wiary”. Jest jeden warunek zwycięstwa: „że wiara w Boga i wolność od niego pochodząca będzie tak wielka, jak wielka jest wiara komunistów w człowieka”. Na koniec wyznał; „Wierzę, ze podejmiemy to wyzwanie” oraz dodał: „Tak, zmieniajcie świat. Jeden z naszych Ojców założycieli, Thomas Paine, powiedział: ‘Leży w naszej mocy rozpoczęcie świata na nowo’. Działając wspólnie, możemy dokonać tego, czego żaden Kościół w pojedynkę osiągnąć nie zdoła. Niech was Bóg błogosławi”.

Warto zwrócić uwagę na co najmniej trzy aspekty tego wystąpienia. Po pierwsze zwracał się do osób religijnych, co tłumaczy jedynie po części jego bardzo liczne odwołania do Biblii, religii, przywoływanie Boga, cytowanie postaci historycznych mówiących o religii itp. Pamiętać trzeba jednak, że świadomie adresował swoje wystąpienie do wszystkich Amerykanów, a nawet do całego świata. (Nie bez powodu zaproszono tam wielu dziennikarzy). A jednak nawet nie wszyscy ze zgromadzonych w Orlando „pobożnych chrześcijan” popierali jego wyścig zbrojeń, militaryzację i ewentualne gotowanie się do wojny światowej, która mogła być takiej polityki naturalną konsekwencją. Reagan dobrze wiedział, że musi pozyskać dla swych planów najpierw ludzi głęboko wierzących i przekonać ich, że jego polityka wpisuje się w odwieczną walkę dobra ze złem, ale także w ponad dwuwiekową walkę Amerykanów o wolność. Ta walka nie tylko nie kłóci się z religijnym nastawieniem, nie sprzeniewierza się Ewangelii, co wręcz wypływa z ducha religii – jest obowiązkiem nałożonym przez Boga. Tak to widział i w tym duchu poszło jego „kazanie”.

Po drugie, zwracając się do wszystkich Amerykanów, ogłosił ideę jedności narodu ponad różnicami religii, która była warunkiem wypełnienia historycznej misji – obrony wolności. Wezwał do aktywizmu, ogłosił powszechną mobilizację do walki, pokazał jej szersze historyczne tło, a nawet nakreślił jej duchowy, transcendentny wymiar. Wiedział, że konfrontacja z komunizmem będzie wymagała wielu lat wyrzeczeń. Szykował więc naród do wojny. Potrzebował skonsolidować społeczeństwo wokół pewnych abstrakcyjnych może ideałów, ale dających dumę i poczucie wyjątkowości.

Po trzecie zwracając się do świata, chciał zbudować wielkie międzynarodowe poparcie dla idei wolności, przynajmniej takiej, jak ją sam postrzegał, czyli de facto do walki z komunizmem. Dlatego tak uporczywie odwoływał się do religii, chcąc wykreować radykalną opozycję dwóch światów: z jednej strony wszyscy wierzący na świecie bez względu na przynależność konfesyjną stoją po stronie Ameryki, z drugiej strony wszyscy bezbożnicy po stronie ZSRR. A ponoć wiadomo każdemu, że tych wierzących jest więcej.

Ogłosił więc swoistą międzynarodową krucjatę, która, jak zapewne w to wierzył, miała poparcie samego Boga. Czy jednak naprawdę w to wierzył? Wszystkie fakty z jego życia wskazują na to, że tak. Poczynając od bardzo religijnego wychowania przez matkę – działaczkę i kaznodziejkę chrześcijańskiej wspólnoty, poprzez wizyty u papieża Jana Pawła II i jego interwencje w sprawie prześladowań religijnych (m.in. w Nikaragui), aż po osobiste odwiedziny licznych świątyń chrześcijańskich w świecie, jak np. klasztoru Daniłowskiego w Moskwie 30 maja 1988 r. Zresztą sceptycy i ten ostatni fakt mogliby interpretować w ten oto sposób, że po prostu nawet w ZSRR montował V kolumnę złożoną z ludzi wierzących, aby ich zbuntować wobec ateistycznej władzy. I pewnie mieliby rację. Reagan nawet finansowo wspierał liczne grupy religijne po świecie i trudno dziś rozsądzić, czy z powodów stricte religijnych, czy też (jednocześnie?) z wyrachowania politycznego. Jedno jest pewne – mobilizował światową krucjatę. Sam postawił się na jej czele. I mało kto wówczas tę jego pozycję kwestionował. Jego przywództwo w wyniku tej wojny ideologicznej o mocnym fundamencie religijnym sięgnęło daleko poza granice Stanów Zjednoczonych. Udało się to osiągnąć dzięki powiązaniu idei wolności i demokracji (tradycja oświeceniowa) z silnymi religijnymi motywacjami wielu wierzących (tradycja chrześcijańska). Przemawiał w ich imieniu, jako człowiek „wielkiej wiary”, silnych przekonać, bezgranicznie wierny misji, jaką sobie obrał, albo lepiej zgodnie z jego retoryką – ‘jaką mu Bóg powierzył’ w świecie. Wsparł wymiernie wierzących w Europie wschodniej (np. Solidarność) w ich dysydenckim oporze. A z „Głosu Ameryki” uczynił tubę propagandową na niepotykaną skalę.

Cały ten uproszczony przecież i mocno wyidealizowany opis stylu jego przywództwa brzmi dzisiaj nieco staroświecko, a może nawet niewiarygodnie. Studiując jednak liczne biografie Reagana, wczytując się w teksty jego przemówień, śledząc jego poczynania, dochodzi się do przekonania, że był to polityk jakby z innej epoki. Dziś chyba taki styl, ta retoryka i takie „misjonarstwo” nie brzmiałyby wiarygodnie. Wtedy jednak świat był rzeczywistym polem konfrontacji supermocarstw i obie strony walczyły przy pomocy wielkich słów i wielkich sloganów. Reagan, były aktor, potrafił tak walczyć jak mało kto.

Czy był charyzmatycznym przywódcą? Niewątpliwie. Jeśli charyzmę rozumieć w sensie współczesnym (nie – weberowskim), czyli jako „urok i osobistą siłę oraz zdolności przywódcze” a do tego władzę charyzmatyczną definiować jako „zdolną do wzbudzania lojalności, zależności emocjonalnej, a nawet poświęcenia” (A. Heywood, Politologia, PWN 2009, s. 267), to Reagan spełnia warunki tej definicji.

Reagan był niewątpliwie także inspiratorem i wizjonerem. Lubił walkę i potrafił zjednywać do niej licznych zwolenników. A przy tym był autentyczny – wydaje się (mimo głosów sceptyków), że naprawdę wierzył w swoje posłannictwo i w amerykańskie wybraństwo. W tym sensie na pewno był przywódcą transformacyjnym. Nawet dosłownie: przyczynił się nie tylko do gospodarczej transformacji Ameryki, ale także do „transformacji” porządku światowego.

Czy wypełnił tym samym warunek postawiony w przemówieniu w Orlando: czy jego wiara w siebie i wiara w wartości, którymi się kierował, okazała się ostatecznie silniejsza od wiary komunistów w człowieka? Albo jeszcze inaczej: czy same obiektywne czynniki ekonomiczne, interesy określonych grup kapitału, uwarunkowania kapitalistycznej gospodarki itp. same z siebie determinowały taki obrót rzeczy, czy raczej styl przywództwa Reagana i jego silne ideologiczne przekonania stanowiły conditio sine qua non sukces jego prezydentury?

Wojciech Wierzejski
www.konserwatyzm.pl