Instytut Ronalda Reagana
W niemieckiej służbie

W niemieckiej służbie

W stosunkach polsko-niemieckich ostatnio iskrzy, szczególnie od czasu, gdy Lech Kaczyński został „kartoflem”. Iskrzyć musi nie tylko ze względu na stare nienawiści podgrzewane przez Ericę Steinbach. Polskę i Niemcy dzielą wizje Unii Europejskie i – będący pokłosiem tegoż podziału – stosunek do polityki amerykańskiej. Szukamy powodu do konfliktu, czego wyrazem jest zamieszania wobec Guntera Grassa z powodu jego służby w Waffen-SS. Nie ukrywam, że ja także bym chętnie pozbawił Grassa honorowego obywatelstwa Gdańska. Ale nie za Waffen-SS, ale za lewackie poglądy. Służba takiego hiper-lewaka i ultrapcyfisty w Waffen-SS nie powinna wzbudzać negatywnych emocji. To komedia!

Piszę to wszystko, gdyż równocześnie z nasilającym się konfliktem z Niemcami, nie zmieniają się niektóre sektory polskiej polityki zagranicznej. Chodzi o politykę wschodnią i bałkańską. Jakie są tu cele polityki niemieckiej? Najpierw Wschód. Z jednej strony, strategicznym partnerem niemieckim jest Rosja. Z drugiej strony, korzystne dla Niemiec jest rozproszkowanie polityczne regionu i istnienie Ukrainy. Państwo to, słabe i zagrożone przez Rosję, z natury rzeczy będzie zerkało na Berlin. Tak czynili Ukraińcy w czasie I i II Wojny Światowej i tak będzie zawsze, gdyż determinuje to geopolityka. Istnienie Ukrainy może spowodować perturbacje w polityce Niemiec w razie konfliktu rosyjsko-ukraińskiego, jeśli nie da się być przyjacielem i Moskwy i Kijowa. W tej sytuacji Niemcy wybiorą partnera. Jeśli wybiorą Rosję, wtenczas naszym sojusznikiem będzie Ukraina; jeśli wybiorą Ukrainę, naszym naturalnym sojusznikiem będzie Rosja. Ukraina prowadzi politykę proniemiecką i dlatego nie chce brać udziału w amerykańskich „misjach pokojowych”. Głupota naszej dyplomacji polega na tym, że postawiliśmy na Ukrainę i plujemy w twarz Rosji, czyli ze słabszego państwa próbujemy zrobić sojusznika, a z silniejszego wroga. Ten drugi cel już się udał – mamy wroga. Ale w Ukrainie nie mamy przyjaciela. Póki jest tam Janukowicz państwo to będzie satelitą Rosji. Zwycięstwo opcji prozachodniej, to sukces Niemiec. Jesteśmy w kleszczach między Niemcami a Rosją i stawiamy na Ukrainę jawiącą się jako państwo sezonowe. Zły wybór.

Równie źle jest na Bałkanach. Nasza dyplomacja wydaje się zupełnie nie rozumieć polityki niemieckiej. Wystarczy wziąć książkę do historii Europy, aby ją zrozumieć. Od końca XIX wieku sojusz niemiecko-austro-węgierski dążył do opanowania Bałkanów. Po rozpadzie Austro-Węgier (1918), polityka niemiecka dąży do ich odbudowy w postaci systemu satelickich państw zależnych od Niemiec. Aby to osiągnąć, Berlin dąży do podzielenia istniejących tu państw na małe organizmy polityczne, wewnętrznie skłócone i szukające protekcji. Historia znów pokazuje, kto sprzeciwiał się zawsze tej wizji. To Serbia. Dopóki istniała Jugosławia, dopóty niemiecka ekspansja była wstrzymana. Dlatego Niemcy popierali emancypację polityczną Słoweńców, Chorwatów, islamskich Bośniaków, Albańczyków w Kosowie, Czarnogórców. Dlatego naturalną drogą polskiej polityki winna być obrona Jugosławii, nawet jeśli rządził nią postkomunista Slobodan Miloszewicz. Gdy Jugosławia upadła, naturalną opcją polskiej polityki winno być poparcie dla jej kikutu w postaci tzw. Wielkiej Serbii obejmującej Serbię, Bośnię, fragmenty Chorwacji i Czarnogórę. Ale polska polityka zajęta była obroną „praw człowieka” i „prawem narodów do samostanowienia”. Wysyłaliśmy wojska w obronie Bośniaków, chociaż był to oczywisty potencjalny sojusznik niemiecki. Ostatnio popieraliśmy rozkład Wielkiej Serbii w postaci oddzielenia się Czarnogóry. Ciekawe ile niemiecki wywiad włożył pieniędzy w niepodległość Czarnogóry? Rozproszkowana była Jugosławii stanowi naturalny cel niemieckiej ekspansji. Nie mu tu już nikogo, kto mógłby się oprzeć tej polityce.

Polityka „prawa narodów do samostanowienia” to w Polsce spuścizna Romantyzmu, gdy walczyliśmy o własne państwo. Rzecz jednak w tym, że po 1989 roku polityka ta obiektywnie służyła interesem Niemiec, ponieważ prowadziła do parcelacji silnych podmiotów politycznych na małe i wzajemnie skłócone, które szukają możnego protektora. Narody emancypujące się spod władzy Rosji i Serbii w naturalny sposób szukają kogoś, kto zapewni im ochronę. Fantaści z polskiego MSZ oczywiście uważali, że to my będziemy takim krajem i zbudujemy jakąś wspólnotę od morza do morza, żyjącą w miłości i pokoju. Polityka rządzi się jednak brutalnymi prawami i każdy szukał protektora przeciwko sąsiadom. Protektor jest w Berlinie. Niestety, w polskim MSZ tego nie widzą. Wojujemy z Berlinem, a popieramy jego politykę wschodnią i bałkańską...

Adam Wielomski, 20.08.2006