Instytut Ronalda Reagana
Spłaszczyć administrację
Jerzy Rzędowski

Spłaszczyć administrację

dodano: 06.11.2007

Chociaż właściciel piekarni, w odróżnieniu od urzędu gminy, zarabia pieniądze, nie stać go na utrzymywanie Referatu Kajzerek w Wydziale Bułek podległym Pionowi Wicewłaściciela ds. Pieczywa Białego.

W czasach PRL krążył dowcip: w pewnym mieście trzeba było wykopać rów, więc władze stworzyły etat kopacza. Kopacz – człek prosty, więc do nadzoru dano mu brygadzistę. Dwóch pracowników to już organizacja partyjna, zatem komitet PZPR przysłał im sekretarza. Całość przemianowano na Zakład Kopania Rowów, mianowano dyrektora, zastępcę, księgowość i dział kadr, założono też związki zawodowe. Po jakimś czasie okazało się, że zakład jest deficytowy, bo kopacz nie wykopuje wystarczających „rowogodzin”. Dokonano więc reorganizacji. Jak? Bardzo prosto: zredukowano etat kopacza…

Tyle dowcip sprzed kilkudziesięciu lat. A jak to wygląda w praktyce dzisiaj?

Pani Halinka pracuje w urzędzie gminy X i rejestruje samochody. Choć jest w tym specjalistką, tzw. logika systemu każe ustanowić nad nią nadzór i osadzić w odpowiednio rozbudowanej strukturze. I tak – jeśli gmina jest duża i panie Halinki są dwie, tworzy się dla nich Referat Rejestracji Pojazdów. Jeśli w pokoju obok siedzi pani Marysia i wydaje prawa jazdy, to panią Marysię nazywa się Referatem Praw Jazdy – a oba referaty łączy w Wydział Komunikacji. Oczywiście Wydział Komunikacji nie może istnieć sam sobie, więc należy do „Pionu Wiceburmistrza ds. Społecznych” i dopiero nad tym jest sam pan Burmistrz. Na tym się jednak nie kończy, bo odpowiednik Wydziału Spraw Obywatelskich znajduje się i w starostwie, i w urzędzie marszałkowskim, i zapewne w ministerstwie „właściwym do spraw administracji”. Wszystko zaś po to, by należycie kontrolować panią Halinkę i wydawane przez nią tablice.

Gdyby tak miała działać prywatna firma, zbankrutowałaby w pierwszym miesiącu. Chociaż właściciel piekarni, w odróżnieniu od urzędu gminy, zarabia pieniądze, nie stać go na utrzymywanie Referatu Kajzerek w Wydziale Bułek podległym Pionowi Wicewłaściciela ds. Pieczywa Białego. Nie znajdziemy też Referatu Wymiany Kół w Wydziale Podwozia w prywatnym warsztacie samochodowym ani Pionu Zastępcy Szefa do spraw PIT-ów w biurze rachunkowym. Właścicieli tych prywatnych firm stać, owszem, na profesjonalnego piekarza, mechanika czy księgowego, ale już nie na kilku kontrolerów tychże.

Oczywiście, urząd to nie piekarnia i nie warsztat. Właśnie dlatego powinien na wydawane pieniądze patrzeć sto razy dokładniej. Piekarz może ustanowić nad swoim czeladnikiem trzy szczeble nadzoru, jeśli ma taki kaprys i go na to stać, bo zrobi to za własne pieniądze. Osoby zarządzające finansami publicznymi takiego prawa nie mają – dysponują cudzymi, ciężko zarobionymi pieniędzmi. Tu każdy grosz powinien być wydany w najbardziej przemyślany i celowy sposób.

Wielu polityków mówiło już o tzw. spłaszczeniu administracji – czyli doprowadzeniu do stanu, w którym wspomniana pani Halinka nie ma nad sobą pięciu szczebli nadzoru i odpowiedników na wszystkich szczeblach administracji. To już testowaliśmy właśnie w PRL – gdzie ministerstwo, dajmy na to, komunikacji, było powielone przez wydziały i referaty komunikacji we wszystkich możliwych urzędach aż do najmniejszej gminy oraz we wszystkich partyjnych komitetach. Choć od szczęśliwego bankructwa PRL minęło ponad 17 lat, jakoś przez ten czas nie udało się zdjąć z pani Halinki (a przede wszystkim z jej klientów) tego garbu. Nadal nad jednym kopaczem rowów mamy kilku nadzorców.

Bo po wyborach postulat spłaszczenia administracji – a przez to zaoszczędzenia nie tylko pieniędzy, ale przede wszystkim czasu i marnotrawionej pracy – jakoś dziwnie ucicha. Jakoś inne rzeczy są ważniejsze, pilniejsze, bardziej medialne…

Tylko po co później tak chętnie biadoli się nad stanem publicznych finansów?

Jerzy Rzędowski