Instytut Ronalda Reagana
Spętany samorząd

Spętany samorząd

dodano: 18.12.2006

Zawężone uprawnienia samorządu to powód, dla którego jesteśmy w kampanii wyborczej świadkami licytacji, kto zbuduje bardziej szklane “szklane domy”.

Wybory, wybory i już po wyborach. Znów byliśmy świadkami festiwalu obietnic, w który przekształca się każda kampania wyborcza. Tym razem w szranki stanęli kandydaci do kilkudziesięciu tysięcy posad w organach uchwałodawczych i wykonawczych jednostek samorządu terytorialnego.

Dość powszechnie panuje zarazem przekonanie, że tegoroczna kampania była nadzwyczaj nudna. Widać wszystkim już wychodzi bokiem ponowne słuchanie w sumie jednakowych obietnic. Tematem kampanii nie są podatki, budżet, zasady funkcjonowania szkół i zakładów opieki zdrowotnej, wprowadzenie powszechnej zasady licytacji jak formy wyboru wykonawcy zamówienia publicznego, prywatyzacji majątku komunalnego czy wycofywania jednostek samorządowych z prowadzenia działalności gospodarczej. Nie są, bo nie mogą. Ustawodawca dość ściśle zakreślił ramy, w których poruszać się mają samorządy, a więc i kandydaci na lokalne urzędy.

Co więcej, nawet korzystanie przez jednostki samorządu terytorialnego z tych nielicznych możliwości, jakie stwarzają im przepisy ustawowe, może się kończyć przykrymi konsekwencjami, zarówno dla tych odważnych, którzy podejmują decyzje, jak i całych wspólnot lokalnych. Nieraz spotykałem się z obawami, że ustalanie, narzuconych ustawą, stawek podatków lokalnych w dolnej granicy “widełek”, które wylicza minister finansów, skończy się obcięciem środków przekazywanych danej gminie z budżetu centralnego. Podobnie, zaniechanie poboru podatku od spadku może się okazać podstawą do odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych. A to tylko wierzchołek góry lodowej.

Nic więc dziwnego, że pole do dyskusji w samorządowej kampanii wyborczej jest sztucznie zawężone. Kandydaci i komitety wyborcze przekrzykują się jedynie kto zbuduje więcej mostów, domów kultury, kto jest bardziej kompetentny, doświadczony lub uczciwy i w związku z tym szybciej zrealizuje konieczne inwestycje infrastrukturalne, naprawi drogi, poprawi oświetlenie ulic i upiększy parki. W tej sytuacji trudno o refleksję nad pryncypiami, a podstawowym warunkiem zwycięstwa staje się umiejętność opowiadania o “szklanych domach”. Na zasadzie: “Moje szklane domy są szklańsze”.

W naturalny sposób generuje to zjawisko śrubowania w nieskończoność spirali obietnic i wydatków publicznych. Każda kolejna władza chce zasłynąć jeszcze bardziej okazałymi inwestycjami niż poprzednicy. Zrozumiałe w tym kontekście pragnienie bycia uwiecznionym przy przecinaniu wstęgi potrafi całkowicie przesłonić racjonalność i celowość inwestycji. Mam wręcz wrażenie, że największe szanse na realizację mają czasem absolutnie najmniej rozsądne projekty, które stają się dla spragnionych zasług i osiągnięć włodarzy wspólnot lokalnych przysłowiową ostatnią deską ratunku. Na bezrybiu i rak ryba, a skoro samorząd zajmuje się głównie mało efektownym administrowaniem to rzeczywiście trudno o spektakularne sukcesy.

Przepisy, takie jak ustawa o finansach publicznych lub prawo zamówień publicznych, które mają na celu ograniczenie marnotrawstwa środków budżetowych, są w tej sytuacji bezradne. Jeśli bowiem zapadnie już decyzja polityczna o realizacji określonego przedsięwzięcia to wspomniane ustawy służą jedynie zapobieżeniu wyższym wydatkom niż to naprawdę konieczne na wybudowanie kolejnego basenu czy amfiteatru. Innymi słowy, są takimi strażnikami ustanowionymi po to, aby nie pojawiły się “uboczne” koszty. Ale tylko uboczne.

Nie wierzę więc w skuteczność recept na zmianę sytuacji, przedstawianych przez tych nielicznych, a godnych podziwu ludzi, którzy zastanawiają się nad czymś więcej niż tylko – skądinąd poważnym zagadnieniem – który most ma zostać zbudowany w pierwszej kolejności. Po prostu w obecnym ustroju samorządowym nie mają większych szans na realizację radykalnych pomysłów. Prawdę mówiąc, właściwszym określeniem byłoby tu pojęcie nie samorząd a “samoadministracja”, bo do tego sprowadza się 99% działalności jednostek samorządu terytorialnego. Ryba psuje się od głowy i od ustawodawstwa trzeba zacząć naprawę.

Marcin Bonicki
“Przetargi Publiczne” nr 12 [13], grudzień 2006