Instytut Ronalda Reagana
Sojusz JOW i obrońców życia

Marcin Bonicki

dodano: 10.11.2012

Prace nad ustawą o zakazie aborcji eugenicznej bardzo wyraźnie ukazały w jaki sposób proporcjonalna ordynacja wyborcza wpływa na funkcjonowanie Sejmu. Zgłoszony przez nieliczny, opozycyjny klub poselski Solidarnej Polski projekt ustawy zakazującej aborcji eugenicznej uzyskał w pierwszym czytaniu poparcie większości posłów. W tym gronie znalazło się dość nieoczekiwanie m.in. 40 parlamentarzystów rządzącej PO. Partia ta w ostatnim czasie zabiega o głosy środowisk wrogo nastawionych do ochrony życia dzieci, a jej władze nawoływały do odrzucenia projektu w pierwszym czytaniu. Okazało się jednak, że bezskutecznie, gdyż kilkudziesięciu jej posłów pokazało, że wyżej cenią ochronę życia dzieci niż interes partyjny.

Niezależnie zatem od indywidualnego stanowiska w tej konkretnej sprawie, wszyscy powinniśmy się cieszyć, że w parlamencie znaleźli się politycy, którzy własne poglądy traktują poważnie i w imię tych poglądów potrafią publicznie sprzeciwić się władzom własnego ugrupowania. Nie oznacza to rzecz jasna, że inni parlamentarzyści nie mają własnych poglądów lub że nie traktują ich serio, jednak z pewnością sytuacja, w której dochodzi do konfliktu własnych poglądów i oczekiwań partii politycznej, zwłaszcza partii rządzącej, jest dobrą okazją do przetestowania swego przywiązania do wyznawanych idei i wykazania się cywilną odwagą. Charakter wykuwa się w walce.

Nie można jednak nie zauważyć, że postawa jaką zaprezentowali posłowie PO, znajduje bardzo kruche wsparcie w rozwiązaniach ustrojowych. Dowodzą tego dalsze losy projektu wspomnianej ustawy. Na dysydentów spadły gromy z ust premiera i władz klubu. W rezultacie wielu z nich wycofało poparcie dla projektu ustawy, a w drugim czytaniu za projektem zagłosowało już tylko 14 posłów PO i większością głosów projekt został odrzucony.

Co się więc takiego stało, że w krótkim czasie 26 parlamentarzystów zmieniło stanowisko o sto osiemdziesiąt stopni? Z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością można wykluczyć zmianę poglądów dotyczących ochrony życia dzieci nienarodzonych. W tym krótkim aczkolwiek gorącym październikowym okresie nie pojawiły się w publicznej dyskusji żadne nowe merytoryczne argumenty, zresztą sami zainteresowani nie odżegnywali się od swoich wcześniejszych poglądów w tej materii. Jeżeli już któryś z nich uzasadniał publicznie wycofanie poparcia dla projektu ustawy to w ogólnikowy sposób podnosił, że został oszukany przez autorów inicjatywy a cała sprawa nabrała charakteru politycznego. Tego rodzaju tłumaczenia nie można jednak traktować zbyt poważnie, bo jeśli jest jakieś miejsce, w którym “robi się politykę” to jest nim właśnie parlament. Wypada zatem przyjąć, że przyczyna wycofania poparcia dla projektu ustawy leży gdzie indziej. Co więcej, jest ona dość powszechnie znana, jednak politycy nie powiedzą o niej w sposób otwarty. Niepokorni posłowie zostali najwyraźniej zdyscyplinowani (eufemistycznie mówiąc) groźbą niewpuszczenia na listy wyborcze, względnie zesłania na odległe miejsce lub do odległego okręgu wyborczego przy najbliższych wyborach. Jest to groźba realna, gdyż przy proporcjonalnej ordynacji wyborczej to ścisłe kierownictwo partii, a najczęściej jednoosobowo jej lider, decyduje o kształcie list wyborczych oraz przyznaniu środków finansowych na kampanię, a w konsekwencji o być albo nie być poszczególnych polityków. Jednocześnie jest to groźba, do ulegnięcia której nikt nie zechce się przyznać, bo mimo wszystko “transakcja” polegająca na wymianie poglądów na mandat poselski cały czas postrzegana jest w kategorii wstydu i czegoś nieprzyzwoitego.

Sytuacja wyglądałaby inaczej, gdybyśmy mieli większościową ordynację wyborczą, a parlamentarzyści byliby wybierani w jednomandatowych okręgach wyborczych. Oczywiście, również przy takiej ordynacji partyjna afiliacja kandydatów stanowi poważne wsparcie, a cofnięcie poparcia dla kandydata przez jego dotychczasowe ugrupowanie może istotnie utrudnić zwycięstwo wyborcze, jednakże sama możliwość wzięcia udziału w wyborach nie jest formalnie uzależniona od zgody władz partii. W rezultacie swoboda parlamentarzystów jest większa, a możliwości wywierania na nich nacisków przez partyjnych liderów – ograniczone. Przywódcy są zmuszeni do bardziej partnerskiego traktowania swoich parlamentarzystów. Mogą z nimi dyskutować, mogą próbować ich przekonywać, ale nie są w stanie grozić im pozbawieniem miejsca w parlamencie. O tym ostatnim decydują jedynie wyborcy, którzy w sytuacji konfliktu posła z władzami ugrupowania stają się rozjemcą ogłaszającym werdykt przy urnie wyborczej.

Jak działa opisany powyżej mechanizm, pokazuje przykład Ronalda Reagana, który był mistrzem zarówno w pozyskiwaniu poparcia ze strony oponentów, jak również w mobilizowaniu wyborców do tego, aby przekonywali swych reprezentantów do konkretnych rozwiązań. W swoich wspomnieniach pisał: “Odkryłem, że jeśli tylko zdołam doprowadzić do tego, by ludzie zrozumieli, co się dzieje, to sami zajmą się resztą. Będą pisać listy i dzwonić do swych przedstawicieli i senatorów, będą wywierać presję na kongresmanów, którzy przecież dobrze wiedzieli, że wcześniej czy później będą musieli stanąć z wyborcami twarzą w twarz. Tak jak się tego spodziewałem, istniała granica ich oporu przed tym czego domagali się ich właśni wyborcy”. Metodę organizowania opinii publicznej z powodzeniem stosował zarówno jako gubernator Kalifornii, gdy w stanowej legislaturze przeforsował obniżkę podatków stanowych, jak i zasiadając już w Białym Domu, gdy ponad głowami kongresmenów i senatorów apelował do Amerykanów o pomoc we wprowadzeniu reform podatkowych. Jednocześnie z szacunkiem traktował swoich oponentów, zawsze starając się znaleźć to, co łączy, zamiast skupiać się na tym, co dzieli. Dzięki temu, jak wspomina jego syn Michael, z przeciwników czynił przyjaciół, a z przyjaciół nie robił sobie wrogów.

Wracając do sprawy projektu ustawy o zakazie aborcji eugenicznej, można się zastanawiać czy premier nie stracił przyjaciół wśród posłów nakłonionych do wycofania poparcia dla tej inicjatywy. Jest to jednak jego prywatne zmartwienie. Natomiast zwolennicy ochrony życia dzieci nienarodzonych mogą żałować, że w Polsce mamy taką ordynację wyborczą, jaką mamy. Z opublikowanych niedawno badań wynika bowiem, że grono zwolenników ochrony życia nieustannie rośnie i stanowi już 80% dorosłej populacji. Można więc zaryzykować tezę, że gdybyśmy mieli większościową ordynację wyborczą i jednomandatowe okręgi wyborcze, to parlament nadal pracowałby nad projektem ustawy zakazującej aborcji eugenicznej.

Marcin Bonicki