Instytut Ronalda Reagana
Rzeczpospolita płaci
Jerzy Rzędowski

Rzeczpospolita płaci

dodano: 22.09.2007

Walka z biurokracją i rozrzutnością wciąż będzie skazana na niepowodzenie, dopóki nie zmieni się metoda. „Tylko szaleniec sądzi, że robiąc ciągle to samo osiągnie za którymś razem inny efekt”.

Swego czasu, jako młody idealista, pracowałem w pewnej organizacji pozarządowej. Organizacja współpracowała z Ważnym Urzędem przy promocji wprowadzanej wtedy reformy administracji. Dla uzgodnienia współpracy mieliśmy się spotkać w Ważnym Urzędzie z odpowiedzialną osobą z nowego kierownictwa (to było tuż po wyborach).

Zanim dotarliśmy na miejsce, szliśmy z moją szefową długimi labiryntami korytarzy Ważnego Urzędu. Ta chwila była przełomem w moim myśleniu o publicznych finansach, reformach i państwie. Mijaliśmy dziesiątki drzwi do kolejnych sekretariatów, referatów i wydziałów. Wtedy zrozumiałem, dlaczego tak trudno cokolwiek w Polsce zreformować i zaoszczędzić.

Przecież, skoro powołano te wszystkie referaty i biura, to widocznie uznano, że są konieczne do istnienia urzędu, a zatem przewidziano dla nich jakieś ważne zadania w procedurze decyzyjnej Ważnego Urzędu. Każdy kolejny referat i wydział podejdzie więc do sprawy z należytą powagą. Doda swoje poprawki, zwróci uwagę na możliwe przeszkody, coś przeformułuje, a coś skreśli. Nawet jeśli nie ma uwag, to opisze to szczegółowo i prześle oficjalnym pismem.

Każda zmiana – zanim pokona drogę od pomysłodawcy do bezpośrednich wykonawców – musi przejść przez taką obróbkę! Musi uzyskać stosowne opinie, być skonsultowana, przedyskutowana, ktoś musi napisać uzasadnienie, ktoś inny zbadać finansowe skutki… W logice urzędu to wszystko jest jak najbardziej racjonalne. Jednak w rezultacie – parafrazując rosyjskie przysłowie – każda reforma państwa i publicznych finansów przypomina pierestrojkę w rosyjskim powiedzonku z czasów Gorbaczowa: pierestrojka kak tajga: w wierchie wietier, w nizu t’iszyna. Zaskakujące, jak wiele można zrobić, aby w rezultacie wszystko było po staremu…

Klasycznym przykładem jest podejmowana co jakiś czas „walka z biurokracją”. Nie udała się ona jeszcze nigdy. Najstarsza taka batalia jaką pamiętam była jeszcze za Jaruzelskiego i nazywała się „atestacją stanowisk pracy”. Teraz urzędy przygotowują się do akcji „wartościowania” stanowisk.

Dlaczego to się nigdy nie udawało? Bo mechanizm zawsze był ten sam. Do realizacji szczytnego celu „walki z biurokracją” powoływano jakąś Rządową Komisję. Komisja miała swoje posiedzenia, sekretarza, druki, a dla zbadania problemu kierowała do podległych instytucji ankiety na specjalnych formularzach. W rezultacie biurokracja (liczba etatów i liczba formularzy w obiegu) była większa, niż przed „walką”! Parafrazując Reagana – „wypowiedzieli wojnę głupocie i głupota wygrała”.

Co więcej, każda reforma zakładająca radykalne zmniejszenie administracji z góry jest skazana na porażkę, bo przecież wcielający ją w życie nie będą podcinali gałęzi na której siedzą! Trudno się spodziewać, by ktoś pomagał w likwidacji swego miejsca pracy, a przynajmniej takich ludzi można liczyć na palcach. Skoro w głosowaniach nad wysokością diet nawet wybrani przez naród posłowie i radni zapominają o partyjnych sporach i wykazują się zadziwiającą jednomyślnością…

I w walce z biurokracją i rozrzutnością tak będzie nadal, dopóki nie zmieni się metoda. „Tylko szaleniec sądzi, że robiąc ciągle to samo osiągnie za którymś razem inny efekt”. Zmiana metody wymaga zaś dwóch rzeczy. Po pierwsze – myślenia „celami” a nie „zasobami” („co chcemy osiągnąć – i co w tym celu trzeba zrobić”, a nie „co mamy do dyspozycji – i jak to zagospodarować”). Po drugie – pełnej odpowiedzialności wykonawców. Pełnej, to znaczy z nagrodą za sukces i karą za porażkę. Na razie jest tak, że oszczędny urzędnik jest karany obcięciem budżetu na rok następny, a więcej może dostać ten, kto mówi, że ma za mało. Za mało – widocznie zadanie jest ważne. Jeśli nie będzie pieniędzy w tym roku, to dostanie w przyszłym. „Rzeczpospolita zapłaci.”

Tylko – czy ją na to stać?

Jerzy Rzędowski