Instytut Ronalda Reagana
Ronald Reagan przed 1981 r. Edukacja pogromcy Sowietów

Jacek Kwieciński

dodano: 03.11.2012

“W 1975 r. zakończyłem swe uwagi do Was, stwierdzając, że szybko, niezmiernie szybko wasz rząd będzie potrzebował ludzi nie tyle nawet niezwykłych, ale wręcz wielkich. Pięć lat później byłem zachwycony, kiedy taki właśnie człowiek znalazł się w Białym Domu” – pisał do Amerykanów Aleksander Sołżenicyn 7 czerwca 2004 r. po śmierci Reagana.

“Ronald Reagan był politycznym geniuszem”– twierdzi John O’Sullivan. “Reagan zostanie zapamiętany przez tych, którzy pracowali z nim, w Sacramento [stolica Kalifornii] i Waszyngtonie, jako człowiek mądrzejszy niż cały jego gabinet i ekipa razem wzięci” – jest przekonany William Clark, najwybitniejszy z paru szefów reaganowskiej Rady Bezpieczeństwa.

“Bardzo wiele czytał [czytał i pisał bezustannie – takim zapamiętał go od swych najmłodszych lat syn Michael], ludzie nie zdawali sobie z tego sprawy. Pod tym względem był niezwykle wykształcony” – Caspar Weinberger, sekretarz obrony Reagana.

Niemal powszechnie zmieniono dziś opinię o 40. prezydencie USA, uczyniło to nawet wielu jego wrogów. Ale wciąż niezwykle mało wie się o tym, jak wcześnie, dekady przed objęciem prezydentury, miał utrwalone, przemyślane stanowisko, jak powinno się postępować z sowietyzmem. Był jednym z niewielu na Zachodzie, a wśród przywódców jedynym, który “rozumiał komunizm”.

Sowieci dostrzegli to wcześnie. “Prawda” pisała (już w kwietniu 1975 r.): “Zmartwychwstały polityczny dinozaur z Kalifornii proponuje… politykę redukcji zasięgu komunizmu. Nieprawdopodobne, ale prawdziwe! Równie zdumiewający jest fakt, że Reagan obiecuje przywrócić dawny ustrój w krajach Europy Wschodniej!”. Rzeczywiście było nieprawdopodobne, aby przywódca zachodni tak się zachowywał.

Mimo to w Moskwie łudzono się, że chodzi wyłącznie o retorykę. Ale już wkrótce po inauguracji prezydentury Reagana “Prawda” musiała stwierdzić (22.07.1982 r.), po jego mowie o narodach zniewolonych (captive nations), czyli o nas: “Bez żadnego zażenowania przemówienie zapowiada zbliżający się krach marksizmu-leninizmu”.

Bez zażenowania! Bezwstydnie, paranoicznie (“The New York Times” był podobnego zdania). “Może być tylko jeden koniec wojny, którą toczymy. Wojny kończą się zwycięstwem albo przegraną” – niejako odpowiedział na to Reagan w kalifornijskim klubie prasowym, co odnotował “Bakersfield Californian”. 20 lat wcześniej (16.09.1961 r.).

Ukazało się już wiele (nawet po polsku) książek o Reaganie, a także Reagana-prezydenta, który obok Jeffersona zostawił po sobie najobfitszą pisaną (odręcznie!) spuściznę. Także i ja dużo o nim pisałem.

Mimo to nie porzucam tematu; co więcej, jest to tylko tych uwag część pierwsza; wstępna, wyrywkowa, ogólna. Bo najnowsza historia to temat pasjonujący. A tu mowa o zwycięstwie w najważniejszej, najdłuższej batalii ideologicznej naszych czasów. Za mało się o tym mówi.

Jest też inny wzgląd. Stosunek największego prezydenta USA XX w. do Polski (a nie tylko do “Solidarności”) był naprawdę niezwykły. Znał, rozumiał w pełni nasze najnowsze dzieje. Wstydził się zdrady, jakiej się wobec nas dopuszczono. W maju 1975 r. jedną z audycji radiowych poświęcił zbrodni katyńskiej. Nie po raz pierwszy ani ostatni. Kto o tym wtedy na Zachodzie mówił? Nikt. Nie pamiętano też o powstaniu warszawskim. A ten prezydent USA uczestniczył w uroczystym uczczeniu jego 40. rocznicy. W ogóle tragedia narodów ujarzmionych była jedną z pierwotnych przyczyn jego antykomunizmu.

Ukazała się druga pozycja z serii “Obalenie komunizmu” (polski wydawca, oficyna AMF, uzupełniła tytuł oryginału o Reaganie słowami “Zbliżenie na Polskę”). Książka Paula Kengora (2006) nie jest po prostu kolejną, poświęconą tej tematyce. Autor przejrzał ogromne ilości świeżo odtajnionych materiałów, a także wszystko, do czego udało się dotrzeć w Moskwie. Rozmawiał z dziesiątkami osób. I szukał korzeni wizjonerskiej dalekowzroczności Reagana, począwszy od jego młodzieńczych lat.

Powstała pozycja, którą wybitny publicysta katolicki Michael Novak nazwał “arcydziełem”. Doradca Reagana, słynny sowietolog Richard Pipes, stwierdził, że z książki dowiedział się rzeczy, o których dotąd nie miał pojęcia. Moje uwagi opierają się jednak i na innych źródłach.

Profesor Kiron Skinner, w tej chwili najwybitniejsza “specjalistka od Reagana”, sformułowała podstawową zasadę, którą się kierował (miała doprowadzić nie tylko do zmierzchu ZSRR i komunizmu, ale również do pokoju, rzeczywistego, a nie tego, o jakim majaczyli “peacenicy” – także mało kto wie, że Reagan nienawidził broni nuklearnej, był na tym punkcie wręcz abolicjonistą). A mianowicie: “odróżnienie symptomów zimnej wojny od jej źródeł” (Reagan). Wszyscy na Zachodzie, od lewa do prawa, zajmowali się wyłącznie symptomami. I to w sposób wręcz tępo stereotypowy, jakby znajdowali się w stanie jakiegoś umysłowego paraliżu.

Dla ubarwienia dzisiejszej narracji przytoczę anegdotę, którą opowiedział autorowi książki pewien Amerykanin.

“Jest grudzień 1980. Na coctail party w Point Clear (Alabama) zebrali się zwolennicy świeżo wybranego prezydenta. Obecny jest Ollie Delchamps, blisko związany z kampanią R.R. Mówi biznesmen Bob Callahan: »Spytałem go, jakie są plany Ronalda Reagana, gdy już obejmie urząd prezydencki. Odpowiedział mi według literatury kampanijnej. – Nie, powiedziałem. Chcę znać prawdziwe cele, a nie to, co piszą w gazetach. Odszedł, myślałem, że się zezłościł. Ale wrócił, podszedł do mnie i zapytał: – Co właściwie chcesz wiedzieć. Powtórzyłem. – A komu o tym powiesz? – spytał. – Nikomu poza Ginger [żona]. – To chodźmy w tamten kąt. Nikomu poza Ginger, co? – Tak, obiecuję, nikomu poza Ginger. – No dobrze, rzekł. Ronald Reagan chce zrobić trzy rzeczy. Po pierwsze: rozwinąć gospodarkę. Po drugie, rozbudować obronność. Po trzecie, obalić Związek Sowiecki. – Obalić«. Callahanowi tak przemówiło to do wyobraźni, że zapamiętał całą rozmowę, słowo po słowie. I zdradził jej przebieg dopiero po ponad 20 latach”.

Pierwszy reaganowski szef Rady Bezpieczeństwa, Richard Allen, usłyszał to samo pod koniec stycznia 1977 r. Słuchając Reagana, otworzył szeroko oczy. “Nigdy nie słyszałem takich słów z ust znaczącego polityka. Nigdy nie natknąłem się z takim sposobem myślenia”. Zareagował spektakularnie. Miał, z szansami, ubiegać się o stanowisko gubernatora stanu New Jersey. Zrezygnował z tego. Wizja Reagana porwała go. Z miejsca włączył się w jego kampanię.

Spróbuję sformułować zasady, jakie głosił, a potem, jakimi kierował się Reagan:

1. To, co mówią, deklarują, wyznaczają za swój cel Sowieci, należy brać poważnie. Nie chować głowy w piasek. Postrzegać rzeczywistość taką, jaka jest.

2. Tak zwane współistnienie z systemem totalitarnym jest na dłuższą metę niemożliwe, a na krótszą gwarantuje stałe sukcesy ZSRR.

3. Jest amoralne, bo zakłada pozostawanie w niewoli państw podbitych przez sowietyzm (punkt szczególnie bliski Reaganowi).

4. Ma alternatywę, bez żadnej wojny atomowej.

5. Ameryka ma ogromną przewagę: technologiczną, gospodarczą, a także ideową (wolność po prostu), z której zupełnie nie korzysta.

6. Rzecz pokrewna – system sowiecki ma liczne słabości, ale i to dotychczas ignorowano.

7. Tak zwany wyścig zbrojeń był dotąd prowadzony wyłącznie przez ZSRR. Założono a priori, że jest nie tylko czymś złym, ale i niebezpiecznym. Tymczasem mógłby stać się wielkim atutem Zachodu, a zwłaszcza Ameryki. Właśnie, by doprowadzić do autentycznego pokoju, a zarazem bankructwa Sowietów, należy go podjąć ze wszystkich sił (“pokój poprzez siłę”).

Proste, jasne, logiczne. Ale jakoś nikt nie tylko tak nie myślał, ale nawet bał się zapuszczać w takie regiony.

W 1950 r. Ronald Reagan włączył się po raz pierwszy w ogólnokrajową akcję polityczną. Stał się jednym z najaktywniejszych członków Crusade for Freedom (Krucjaty Wolności) na rzecz narodów zagarniętych, czyli nas. Zaangażował się w nią, gdy jeszcze pamięć o Jałcie była świeża. Ale gdy o niej i o zniewolonych narodach już nie mówiono, Reagan nie zapomniał. Kiedy został prezydentem, coroczne uroczystości im poświęcone przywrócono. Zresztą już w 1947 r. Reagan bronił prawa pobytu w USA powojennym uciekinierom spod totalitaryzmu, po raz pierwszy narażając się Sowietom.

Reagan w 1961 r.: “Jest niezaprzeczalną prawdą, że Ameryka znajduje się w stanie wojny, a przegrywamy ją po prostu dlatego, że nie zdajemy albo nie chcemy zdawać sobie sprawy, że ją toczymy”. “Karol Marks ustanowił fundamentalną zasadę, że komunizm i nasz ustrój, nasz system życia nie mogą w świecie współistnieć... Interpretując Marksa, Lenin powiedział: »To nie do pojęcia, by Republika Radziecka istniała przez długi czas obok państw imperialistycznych. W tym roku partie komunistyczne z 81 krajów potwierdziły w Moskwie tę zasadę«”.

W 1962 r. (Battlesville, Oklahoma): “Toczymy wojnę czy przyznajemy to otwarcie, czy nie”. Tego samego roku w Dallas: “Wróg nie stosuje tradycyjnych narzędzi wojennych dlatego, że znakomicie radzi sobie bez nich” (miał na myśli przede wszystkim propagandę w skali globalnej).

Jeszcze wcześniej, w 1957 r.: “Walczycie z najlepiej zorganizowanym i najzdolniejszym wrogiem wolności, prawa i przyzwoitości, jaki kiedykolwiek zrodził się na tym świecie”.

Mówił to do dziesiątków, setek tysięcy Amerykanów w niezliczonych miejscowościach (dopóki mu na to zezwalano). Zyskał taką trybuną, pełniąc funkcję tzw. rzecznika General Electric, firmy sponsorującej niezwykle popularny program teatralny w telewizji (1954–1962), “GE Theatre”– należało to do jego obowiązków.

A sam program, który firmował, prezentował, prowadził, często grał w prezentowanych sztukach, już po paru tygodniach miał niekiedy większą oglądalność niż słynny serial “Kocham Lucy” z Lucille Ball. Występowali w nim najlepsi aktorzy: Joseph Cotten, Bette Davis, Jimmy Stewart, James Dean, Natalie Wood, Jack Benny, Lee Marvin, Walter Matthau, Donna Reed, Charlton Heston, Judy Garland. W lutym 1957 r. Reagan zakończył audycję specjalnym apelem o pomoc dla uciekinierów z Węgier.

Zajęcia te zaczął po zakończeniu kariery w Hollywood. Był tam siedmiokrotnie wybierany przewodniczącym związku aktorów. Urządzono mu uroczyste pożegnanie. Między innymi wielki Al Jolson, gwiazda pierwszego filmu dźwiękowego, wyraził nadzieję, by jego syn stał się “takim człowiekiem jak Ronnie”. Było to przedwczesne.

Albowiem w 1960 r. przywołano go z powrotem, aby negocjował nowy układ zbiorowy. Producenci zlekceważyli go (jak tylu potem) i nawet nie dostrzegli, że ustąpili we wszystkim. 6359 kolegów urządziło Reaganowi owację na stojąco. A on zbojkotował bankiet 20th Century Fox dla Chruszczowa. I, w 1961 r., zauważył trafnie, proroczo, że sympatycy ZSRR odzyskają w Hollywood teren.

Autor zaczyna książkę od opisu, jak Reagan uratował w Dixon (Illinois), gdzie mieszkał, 77 osób od utonięcia w burzliwej rzece Rock (pracował jako ratownik; jeden z przypadków był tak spektakularny, że 3 sierpnia 1928 r. Reagan po raz pierwszy trafił na okładkę – miejscowego dziennika). Pomija lata pracy Reagana jako radiowego sprawozdawcy sportowego, która tak wyrobiła mu głos i wizualną wyobraźnię – chciał zastąpić nieistniejącą telewizję. I poświęca nieco miejsca jego karierze w Hollywood.

Pewien wątek tej kariery jest bardzo ciekawy, a mało znany bądź zniekształcany. W 1947 r. jego wystąpienie przed Komisją Senacką oceniono jako najdojrzalsze ze wszystkich. Stwierdził wtedy, że jego związek odniósł wielki sukces, uniemożliwiając komunistom opanowanie organizacji (aktorów). Podkreślił, że czuje odrazę do komunistycznej filozofii i stosowanej przez komunistów skrajnie nieuczciwej taktyki. Ale był zdania, że demokracja sobie z nimi poradzi i nie poparł pomysłu zdelegalizowania komunistycznej partii. Wszyscy określili jego wystąpienie jako znakomite. Później postarano się, aby zostało zapomniane.

Ale Reagan, jako szef związku, wiedział dobrze, że nie chodziło o żadne “czarownice”. Stoczono niezwykle ciężką batalię, aby uniemożliwić komunistom opanowanie Hollywood przejęcie wszystkich związków i utworzenie jednego, ich własności.

Zwany komisarzem, przedstawiciel Kominternu, całkowicie oddany swej sowieckiej ojczyźnie, Howard Lawson pilnował dyscypliny. “Jako pisarze nie twórzcie całkowicie komunistycznych filmów, starajcie się włączyć pięć minut naszej doktryny, pięć minut linii partii w każdy z waszych scenariuszy” – pisał (cztery czystostalinowskie filmy z czasów Roosevelta niemożliwe już były do realizacji).

Reagan otrzymywał stale telefony z pogróżkami. Zapowiadano mu oblanie twarzy kwasem siarkowym. W pewnym momencie niemal zahamowano pracę Hollywood. Stalinowcy wzywali scenarzystów do “walki klasowej poprzez sztukę”.

W 1946 r. Reagan, wraz z supergwiazdą Williamem Holdenem, zjawił się na zebraniu jednej z komunistycznych organizacji fasadowych. Atrakcją miał być komunista Sterling Hayden. Reagan zabrał głos na końcu i mimo bezustannego przerywania i obelg “starł na miazgę” poprzednich mówców. Poważny historyk, Ronald Radosh, ocenia ten mały epizod jako przełomowy moment w walce z komunistami wśród aktorów.

Hayden, który w 1951 r. nazwał swe wstąpienie do PK “najbardziej idiotyczną, najgłupszą rzeczą, którą zrobiłem w życiu”, opisał plany i sposoby, jakimi komuniści chcieli opanować stolicę filmu. Na pytanie, co ich powstrzymało, odpowiedział: “Natrafili na opór jednoosobowego batalionu pod nazwą Ronald Reagan”.

Reagan prowadził swą walkę bez hałasu, zachowując wszelkie etyczne kryteria, ale niezwykle skutecznie. Przekonał się jednak, jak działają komuniści, także wtedy, gdy z naiwności zapisał się do jednej z ich organizacji fasadowych.

Gdy potem bliscy współpracownicy pytali, czy da sobie radę, jako prezydent, z ZSRR, odpowiedział: “Nie bójcie się. Wciąż noszę na plecach blizny po walce z komunistami w Hollywood”.

Zamieszczone w tomie “Reagan, a Life in Letters” (wśród ponad tysiąca listów) jego sześciostronicowa odpowiedź na publikację Daltona Trumbo w “Playboyu” (4.07.1960 r.), gdy rozpoczęło się bezwstydne kanonizowanie hollywoodzkich stalinistów, warta jest osobnego przytoczenia. Tu tylko mały skrót. Reagan napisał, że jest zwolennikiem wolności słowa i poglądów, “od anarchistów do monarchistów”. Ale komuniści (najczęściej działając tajnie) “nie wyznają odmiennych poglądów”. Są służbowo podporządkowani zagranicznej potędze. Są wobec niej, a nie Ameryki, niewolniczo lojalni. “Gdy w Hollywood trafiłem na ich zgromadzenie, usłyszałem, że w razie wybuchu wojny wstąpiliby do Armii Czerwonej” – pisał. Cieszyli się ze śmierci każdego żołnierza amerykańskiego w Korei – było to zwycięstwo ich strony, ich ojczyzny. List Reagana zrobił spore wrażenie. Jeszcze nie nastał czas, aby był niecenzuralny.

W swych latach hollywoodzkich Reagan był demokratą. Chociaż już w 1960 r. poparł Nixona, do republikanów, początkowo głównie z uwagi za naiwność drugiej partii wobec komunizmu (a potem wręcz porzucenie antykomunizmu), przystał dwa lata później.

W 1963 i 1965 r. wyprodukował dwa filmy dokumentalne. Pierwszy, dwuczęściowy, mówił o tym, o czym mówić już całkowicie przestano. Między innymi o pakcie Hitler–Stalin, o roli Kominternu (popierającego w okresie tego paktu, także w USA, poprzez partię komunistyczną, Hitlera i bierność wobec niego), o masakrze katyńskiej, dążeniu Moskwy do ogólnoświatowej rewolucji, o wskazaniach Marksa. Jego współnarratorem był serdeczny przyjaciel, jeden z największych gwiazdorów w historii Hollywood – Robert Taylor.

Reklamówka telewizyjna Reagana na rzecz prezydentury Barry’ego Goldwatera, 1964 r., stała się (i pozostaje do dziś) najsłynniejszym wyborczym wystąpieniem kogokolwiek w powojennych dziejach USA.

Oznaczała nie tylko wejście Reagana do Wielkiej Polityki. Była niejako zaczątkiem powstania (wreszcie) w Ameryce współczesnego ruchu konserwatywnego, wyzbytego anachronizmów, izolacjonizmu czy wewnętrznoamerykańskich ekstremizmów. Jej znaczenie wykraczało poza Amerykę.

“Toczymy wojnę z najniebezpieczniejszym wrogiem, z jakim ludzkość miała do czynienia podczas długiej wędrówki z bagien ku gwiazdom. Jeśli przegramy tę wojnę, to historia z największym zdumieniem odnotuje, że ci, którzy mieli najwięcej do stracenia, zrobili najmniej, by temu zapobiec”.

Gorąco namawiany Reagan zgodził się wreszcie kandydować na gubernatora Kalifornii (1965). W wyścigu z wielce popularnym demokratą, Patem Brownem, nikt (poza Reaganem) nie dawał mu szans. Wygrał zdecydowanie, wygrał i następnym razem – w środku rewolty kontrkulturowej, której centrum było kalifornijskie Berkeley.

Już w trakcie pierwszej kadencji liberalne gazety tego liberalnego stanu informowały, że: “Okazał się wytrawnym praktykiem w sztuce rządzenia”. “Doskonałym administratorem, jednym z najbardziej utalentowanych polityków współczesności”. I o tym później wygodnie zapomniano.

Mimo nowej funkcji nie zaprzestał głosić swego przesłania. “Prawi się nam, byśmy kupili sobie bezpieczeństwo [...] za cenę sprzedania w wieczną niewolę naszych bliźnich ciemiężonych za żelazną kurtyną. Byśmy im powiedzieli, że muszą porzucić nadzieję wolności, bo jesteśmy gotowi porozumieć się z ich ciemiężcami”.

Określał to jako skrajną niemoralność, drogę niesławy a nawet hańby, tchórzostwo. “Jeżeli mamy odwagę zmierzyć się z rzeczywistością, nie tak trudno jest osiągnąć [trwały] pokój [...]. Ale nie doprowadzimy do pokoju »po prostu odmawiając walki«”. Oczywiście nie chodziło mu o walkę zbrojną. Ale np.: “Skoro Rosja potrzebuje naszego zboża, by nakarmić swych mieszkańców, dobrze byłoby jej uświadomić, że łatwiej by je dostawała, gdyby nie dzielił nas mur berliński” (1968).

Słowa te padły prawie 30 lat przed słynnym wezwaniem skierowanym do Gorbaczowa. Reagan, niczym do sytuacji Polski (traktowanej również jako symbol), latami wielokrotnie do tego tematu wracał. Gdy w 1978 r. zobaczył mur, zwrócił się do Richarda Allena – “musimy znaleźć sposób, by to zburzyć”.

Dowodem, iż Reagan jest politykiem rangi najwyższej, była debata z Robertem Kennedym, wytrawnym dyskutantem (15.05.1967 r.). Obejrzało ją w CBS 15 milionów Amerykanów. Reagan Kennedy’ego po prostu zniszczył (taki był jeden z tytułów prasowych). Była to audycja, podczas której grupa ordynarnych studentów zagranicznych ekscytowała się dokopaniem znienawidzonej Ameryce, w czasie Wietnamu. “Newsweek” pisał o “najwyższej klasy zmyśle politycznym Reagana”, który był “znakomicie poinformowany o wszystkim dotyczącym Wietnamu”, stał się “objawieniem wieczoru”. “Kennedy przecierał oczy ze zdumienia”. “K. wyglądał jakby trafił na pole minowe”. Pełen wyższości brytyjski student przejechał się po Kennedym jak walec parowy, Reagan zaś po prostu go ośmieszył. Kennedy był uniżony, tłumaczył się z Ameryki, Reagan – grzecznie i ze spokojem okazywał dumę z Ameryki. Kennedy powiedział po debacie doradcom, by nigdy więcej nie organizowali wspólnych wystąpień z tym sk….synem”.

Ale po zamordowaniu “Bobby’ego” Reagan wygłosił przejmującą elegię ku czci zmarłego. Człowieka, który był po prostu zwykłym politykiem, zmieniał nastawienie, w zależności skąd wiał wiatr. Z walczącego antykomunisty przekształcił się niemal w hippisa.

Bo był przecież kiedyś doradcą w ekipie senatora Joe’go McCarthy’ego, prosił go, by został ojcem chrzestnym jego pierwszego dziecka, odwiedzał incognito grób senatora w Wisconsin. Reagan był natomiast politykiem niezwykłym – jego poglądy były niczym stal. Gdyby nie podzieliła ich większość Amerykanów, stwierdziłby: “trudno, szkoda”, ale w żadnym razie by ich nie zmienił.

Reagan kiedyś powiedział: “Możesz zdziałać niewymownie dużo, o ile nie dbasz, komu przypiszą zasługę”. Objął prezydenturę, aby realizować swą wizję, nie dla stanowiska. Komentatorów zdumiewała jego kompletna obojętność wobec osądów rozmaitych “New York Timesów”. W ogóle na to nie zważał, nigdy się na nie nie skarżył, odpowiadał dowcipem.

Sporo czasu zajęło “liberalnym elitom” zrozumienie, że Reagana nikt nie zastraszy. To umożliwiające pełną swobodę działania zachowanie próbowano tłumaczyć np. sławą i pewnością nabytą w Hollywood. Występował z najpiękniejszymi aktorkami, jak Ann Sheridan czy Ginger Rogers, przyjaźnił się Jimmym Stewartem czy Johnem Waynem, co więc obchodzić go mogła opinia zastępcy redaktora “Time’a” – stwierdzano. Wydaje się, że jest to wyjaśnienie niewystarczające. Prawdziwsze wydaje się zawierać tytuł książki Peggy Noonan o Reaganie: “When Character was King” (“Kiedy rządził charakter”).

W 1975 r. 64-letni Reagan skończył swą drugą kadencję w Kalifornii. Nie zamierzał milczeć. Odrzucił lukratywną ofertę telewizyjną. Uzyskał bowiem ogromną nową trybunę.

Codzienny felieton radiowy (poza stałymi komentarzami w prasie i przemówieniami) stał się z miejsca hitem. Docierał do 20–30 milionów Amerykanów w całym kraju, emitowało go (1974–1979) kilkaset rozgłośni. Trudno przecenić jego znaczenie.

Profesor Skinner (Murzynka, przede wszystkim z Hoover Institution) odkryła całe paki odręcznych skryptów Reagana. Wraz ze współpracownikami opublikowała już szereg tomów z ich wyborem (ilustrowane są fascimille rękopisów Reagana, dołączone jest nawet CD). Wywołały sensację.

Wraz z odnalezionym dziennikiem i publikacją ponad tysiąca listów (z 10 tys.; wiele innych dokumentów jeszcze nie odnaleziono; swoją drogą przydałby się tom bibliograficzny książek Reagana i o Reaganie) spowodowały, iż nawet liberalne media zaczęły pisać o Reaganie jako o głębokim myślicielu, intelektualiście o ogromnej wiedzy.

Opinia o 40. prezydencie, jako powierzchownym oratorze, który umiał trafiać do ludzi i dzięki szczęściu coś tam osiągnął, ostatecznie legła w gruzach.

Reagan zawsze odręcznie pisał o wszystkim – historii, bieżących problemach, gospodarce, Polsce, sowietyzmie, a nawet “odbrązawiał” mity o rewolcie kontrkulturowej (miał tu szczególne doświadczenie) czy demaskował Nową Lewicę.

Stwierdzał wtedy, że Stany Zjednoczone na żadnym etapie nie dopuszczały do świadomości prawdziwej natury komunizmu. “Odprężenie” było krótkowzroczną, ślepą uliczką, fikcją. Modne, wśród lewicy, twierdzenie o “moralnej równoważności” między Ameryką a mocarstwem – strażnikiem niewolników – uważał za chorobliwy nonsens. “Musimy odzyskać zdrowie moralne i siłę militarną, by podnieść się i wystąpić po stronie wolności, jak w dawnych czasach”.

Był przeciwnikiem nie tylko “odprężenia” (na którym zyskują tylko Sowieci, co wprost przyznał Breżniew), ale i uświęconej doktryny “powstrzymania”. Oświadczył wprost, że nie może poprzeć żadnej teorii ani strategii politycznej, która akceptuje status quo w Europie Wschodniej (Jałtę). Uważał to za imperatyw moralny, i to właśnie było najbardziej wykpiwane.

Dlatego w proteście przeciw polityce Forda (Kissingera) rzucił rękawicę urzędującemu prezydentowi z własnej partii. Był to moment przełomowy. Bo Reagan, zwyciężając w wielu stanach, niemal nie wygrał. Panowały wówczas inne reguły i tylko dzięki temu – w czasie konwencji, kiedy nic nie było jeszcze rozstrzygnięte – bossowie z paru stanów mogli przeforsować swą wolę. Bezprecedensowo niska porażka Reagana (1070:1187) była w istocie zwycięstwem. Partia republikańska była odtąd partią Reagana. Po jego porywającym, improwizowanym przemówieniu (jego elektryzującej siły nie sposób oddać na papierze) delegaci zrozumieli, że mianowali niewłaściwego kandydata. Niektórzy z nich deklarowali to publicznie.

A Ford został zmuszony do porzucenia terminu “detente”. Zaczął używać reaganowskiego terminu “pokój przez siłę”. “To dobrze brzmi” – kpił Reagan. Nie był załamany. Wrócił do swych felietonów radiowych.

Efekty prezydentury pogromcy Forda – Cartera są znane. Ameryka przybita, osłabiona, upokorzona. Sprawdziły się najgorsze przepowiednie Reagana. Pod sam koniec kadencji Carter, po inwazji Sowietów na Afganistan, stwierdził, że “w ostatnim tygodniu moja opinia o ZSRR zasadniczo się zmieniła”. Reagan uznał tę deklarację nie tyle za śmieszną, ile tragiczną. “To przerażające, gdy się słyszy, że człowiek sprawujący urząd prezydenta nagle odkrywa, że Sowietom nie można ufać”.

Bezlitośnie atakował prezydenta. Zarzucał mu doprowadzenie USA do upadku – gospodarczego, militarnego, ideowego. Jego postępowanie wobec ZSRR było kpiną ze zdrowego rozsądku, receptą na bezkarne rozszerzanie komunizmu. Nad coraz większą częścią świata zapadała ciemność.

Jego wystąpienia z tego okresu są porywające. “Sowieci arogancko ostrzegają nas, byśmy nie wchodzili im w drogę [...] nie zamierzamy skamląc opuścić stron historii” (bo tylko my możemy stanąć na ich drodze). Wyścig zbrojeń? “Toczy się cały czas, ale w tej chwili biegnie tylko jedna strona”. Pokój? “Sowieci dobrze wiedzą, że nie mogliby grać z nami w tej samej lidze [...] gdybyśmy się tylko postarali, natychmiast przebiegliby do stołu i powiedzieli »zaraz, chwileczkę« [...] bo nie mogliby nam dotrzymać kroku”.

Ale najpierw trzeba odrodzić Amerykę, znów ożywić amerykańskiego ducha. A nie opowiadać banialuk o “narodowej chorobie” i uparcie nie dostrzegać celów sowieckich.

4 listopada 1980 r. Ronald Reagan rozgromił urzędującego prezydenta, wygrywając w 44 stanach. Była to największa, miażdżąca klęska prezydencka od czasów Herberta Hoovera, 50 lat wcześniej (Wielki Kryzys). A zarazem ostateczne bankructwo dominujących od dziesięcioleci paradogmatów amerykańskiej polityki. Po dekadach edukacji i przygotowań Reagan mógł wreszcie zacząć realizować swą wizję.

Pamiętajmy, że jeszcze w czerwcu 1980 r. w prywatnym liście do mieszkańca New Jersey o polskim nazwisku pisał wprost: “Musimy znów ożywić nadzieję, że podbite narody, narody ciemiężone przez ZSRR, mogą odzyskać wolność”. “Linia dzieląca Europę musi być zniesiona”.

Pamiętajmy, że w audycjach radiowych, w filmach wielokrotnie przypominał Katyń. “Odkąd go poznałem, ogromnie sympatyzował z Polską z wielu powodów, m.in. dlatego, że żaden inny kraj nie stracił w II wojnie tak wielkiej części populacji (ze strony dwóch totalitaryzmów). W latach 70. napisał kilka tekstów radiowych poświęconych prześladowaniu Polski przez ZSRR” – wspomina William Clark.

Reagan wygłosił też szereg audycji o Janie Pawle II, który “zmieni świat”, o Jego wizycie w Polsce, o potędze duchowej, jaką reprezentuje.

Niedawno odtajnione listy Papieża do Reagana są rewelacyjne. Ale o tym i o wielu świeżo ujawnionych elementach “zupełnie innej niż dotąd ogólnoświatowej strategii na 10 lat”, którą zapowiadał – następnym razem.

Reagan był politykiem niezwykłym – jego poglądy były niczym stal. Gdyby nie podzieliła ich większość Amerykanów, stwierdziłby: “trudno, szkoda”, ale w żadnym razie by ich nie zmienił.

Jacek Kwieciński

Za: NGP Nowe Państwo, 23/2008