Instytut Ronalda Reagana
Reżimy osadzone na bagnetach nie zapuszczają korzeni
RR 40

Tomasz Pompowski, dodano: 22.05.2012

Po ponad trzech dekadach porażek w okresie zimnej wojny Stany Zjednoczone zdecydowanie zmieniły kurs w stosunku do Związku Sowieckiego. Prezydent Ronald Reagan jako jedyny z dotychczasowych przywódców amerykańskich nie ukrywał, co zamierza osiągnąć. “My zwyciężymy, oni przegrają” – powiedział jeszcze przed wyborem swojemu współpracownikowi z Kalifornii Richardowi Allenowi, który był jego pierwszym doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego.

Koncepcje polityczne prezydenta Reagana wymagały stworzenia zespołu zdolnych do poświęceń, wykształconych i podzielających antykomunistyczne poglądy prezydenta. Allen nie potrafił go utworzyć. Biały Dom prezydenta Reagana został w ostatniej chwili poinformowany o gotowości wprowadzenia przez wojskową juntę Wojciecha Jaruzelskiego stanu wojennego, by zdławić “Solidarność”.

Grupa wsparcia prezydenta Reagana

Po 13 grudnia 1981 r. Reagan zaprosił do współpracy swojego najbliższego przyjaciela i współpracownika z biura gubernatora Kalifornii, który najdłużej opierał się przeprowadzce do Waszyngtonu. William “Bill” (dla przyjaciół Sędzia) Clark nie chciał opuszczać swojego kręgu przyjaciół i nie wyobrażał sobie zamiany rancza na mieszkanie w dzielnicy biurokratów w Waszyngtonie. Jednak gdy Reagan w pierwszej rozmowie zagwarantował mu, że będzie miał do niego zawsze bezpośredni dostęp, a przedmiotem jego działań będzie Polska, Clark przyjechał do Waszyngtonu.

Od razu musiał stawić czoła lewicy, której nie znosił od najmłodszych lat. Był wychowany w środowisku katolickim jako człowiek, który musi być przygotowany do największych poświęceń. Cenił etos ciężkiej pracy, wolność gospodarczą i rygory moralne. Jego system wartości był płachtą na byka dla lewicowych malkontentów. Także tych, którzy znaleźli się w Białym Domu prezydenta Reagana i od pierwszych dni próbowali go przekonać do swoich koncepcji zbliżenia z Rosją.

Wśród lewicy Białego Domu byli m.in. szef kancelarii Białego Domu James Baker, jego zastępca Michael Deaver, sekretarz stanu (od 1982 r.) George Schultz. (Mike Deaver dostał pracę u Armanda Hammera, szefa Occidental Petroleum, który był agentem sowieckim. Jak wspomina John Lenczowski przez cały okres, kiedy był w Białym Domu, Hammer zalewał listami Biały Dom z prośbą o spotkanie z Reaganem. – Kiedy jego list trafiał na moje biurko, robiłem wszystko, żeby nie zobaczył go prezydent – opowiada).

Lenczowski urodzony w rodzinie przedwojennego polskiego dyplomaty i kobiety, która przetrwała pobyt w sowieckim gułagu, nie miał złudzeń co do intencji Związku Sowieckiego.

Clark stworzył więc silny zespół składający się z amerykańskich patriotów wywodzących się z najlepszych rodzin. Wybrał wybijających się wiedzą, sporym jak na swój wiek doświadczeniem, mądrością i postawą moralną absolwentów najlepszych uczelni amerykańskich. Wśród nich byli Roger Robinson, którego za radą Clarka prezydent mianował dyrektorem ds. gospodarki światowej, i John Lenczowski, dyrektor ds. europejskich przy Radzie Bezpieczeństwa Narodowego. – Robinson i Lenczewski, na nich mogłem całkowicie polegać i nigdy mnie nie zawiedli. Mieli do spełnienia kluczowe zadania, z których się wywiązali bez zarzutu – mówi “Nowemu Państwu” William Clark.

Sowiecka sztuka zastraszania

Reagan wiedział, że media i elity nowojorsko-waszyngtońskie nie sprzyjają jego polityce w przeciwieństwie do przygniatającej większości Amerykanów, którzy go wybrali. Dlatego wykorzystywał każdą możliwość porozumienia. I w listopadzie 1982 r. w czasie specjalnego przemówienia na wykresach porównywał wielkość sowieckich inwestycji wojskowych z tymi, które dokonywały Stany Zjednoczone.

W połowie 1983 r. my jako współpracownicy prezydenta przygotowujący m.in. strategię komunikacji, dostaliśmy zakaz od zwolenników zbliżenia z Rosją w Departamencie Stanu i Białym Domu posługiwania się takimi wykresami – mówi Lenczowski.

Równocześnie urzędnicy amerykańscy przekonani o skuteczności polityki détente zaczęli wywierać presję na żonę prezydenta. Osobną rolę odegrały też bezpardonowe ataki mediów na osobę Reagana.

Propaganda sowiecka w stosunku do Nancy Reagan zaczynała przynosić rezultaty – pierwsza dama nabierała przekonania, że jej małżonek zapisze się w historii jako podżegacz wojenny. Ale wiedziała, że to nieprawda, bo jej mąż chciał rozwiązywać konflikty w sposób pokojowy. – Nancy zaczęła wywierać presję, by Reagan zrezygnował ze swojej polityki wobec Związku Sowieckiego i zgodził się na kontynuację détente – wspomina Lenczowski.

Wówczas jednak Sowieci zestrzelili koreański samolot pasażerski, który przekroczył ich granicę powietrzną. W Białym Domu rozpoczęły się debaty, w jaki sposób Ameryka powinna zareagować na ten incydent. – Niektórzy z nas przekonywali prezydenta, że Sowieci posłużyli się tym jak aktem terrorystycznym, mimo że nie były to działania zamaskowane jako takie. Nie sądzę, by było to dokonane z premedytacją. Był to naturalny rezultat działania systemu biurokratycznego – mówi Lenczowski.

Lokalny dowódca systemu obrony powietrznej uznał, że korzystniej jest zestrzelić samolot i ponieść tego konsekwencje, niż zezwolić mu wlecieć w przestrzeń sowiecką i wziąć za ten incydent odpowiedzialność. Ale Sowieci próbowali kłamać, że to nie oni zestrzelili samolot. Jednak gdy eksperci USA na forum ONZ przedstawili prawdziwą wersję wydarzeń, przedstawiciel Związku Sowieckiego stwierdził, że był to akt normalnej obrony i jeśliby to zdarzenie sie powtórzyło, reakcja byłaby taka sama.

I wówczas stało się jasne, że traktują te działania jako akt terrorystyczny, by zastraszyć każdego, kto mógłby przekroczyć niedopuszczalne granice czy interesy – podkreśla Lenczowski.

Zagrożenie dla cywilizacji zachodniej

Lenczowski i podobnie myślący w Białym Domu przekonywali, że prezydent powinien ostro zareagować na te działania, przede wszystkim zajmując wyraźne moralne stanowisko. Aby pokazać, że Stany Zjednoczone w żaden sposób nie ulegają presji i nie zgadzają się na prowadzenie takiej polityki. I by Związek Sowiecki był zmuszony do obrony politycznej swojego wizerunku na arenie międzynarodowej.

Ale zwolennicy zbliżenia z Rosją w Białym Domu wykorzystali ten moment, tłumacząc światu, że USA są nastawione pokojowo do takiego stopnia, iż nie sformułują nawet ostrego oświadczenia.

Mimo wszystko jednak Reagan wygłosił bardzo ostre przemówienie. Nad językiem i argumentacją zawartą w wystąpieniu czuwał John Lenczowski. Prezydent powiedział, że każdy kraj, który dokonuje takich aktów barbarzyństwa, nie jest godny zaufania przy stole rozmów rozbrojeniowych. Biały Dom zdawał sobie sprawę, że Sowieci permanentnie starali się oszukiwać Stany Zjednoczone w czasie rozmów rozbrojeniowych. – Potrzebny był olbrzymi wysiłek, ponieważ jeśli wytykało im się kłamstwo, wówczas automatycznie taka osoba była przedstawiona przez zwolenników zbliżenia z Rosją jako zagrożenie dla rozmów rozbrojeniowych – tłumaczy Lenczowski.

Lenczowski należał do niewielu osób w otoczeniu prezydenta Reagana i w całej administracji prezydenta, które przekonywały, że umowy rozbrojeniowe powinny być prowadzone według twardych zasad. Jego zdaniem, USA nie powinny podpisywać nowych porozumień, dopóki Związek Sowiecki nie wywiąże się z już zawartych.

Zwolennicy prorosyjskiego kursu, m.in. James Becker i George Schulz, byli przekonani, że korzystny jest sam proces rozmów – niekończące się debaty, podpisywanie coraz większej liczby traktatów. Bowiem dopóki trwają rozmowy, żadna ze stron nie uzbraja głowic nuklearnych. A przeciwników tego poglądu oskarżali o zamiar postawienia Stanów Zjednoczonych w stanie wojny.

Tacy ludzie jak ja byli przez nich o to oskarżani – mówi Lenczowski. – Ale negocjacje rozbrojeniowe były nieproporcjonalnie nakierowane na interesy Związku Sowieckiego, ponieważ Moskwa mogła posługiwać się tym jako narzędziem propagandy wobec zachodniej opinii publicznej, wmawiając jej, że kieruje się intencjami pokojowymi. To oczywiście nie była prawda – tłumaczy. I dodaje, że USA były pozbawione możliwości rozmów z krajami Europy Wschodniej, co do których zapadały uzgodnienia, i w ten sposób Ameryka była przedstawiana jako partner Związku Sowieckiego. – Moskwa nie była żadnym partnerem tylko śmiertelnym zagrożeniem dla cywilizacji zachodniej, a Sowieci chcieli zatrzeć ten kontrast – podkreśla Lenczewski.

“To wy prowadzicie archipelag GUŁAG”

Ale prawica odnosiła także wielkie zwycięstwa. Do jednego z nich należała debata na temat rozmów rozbrojeniowych na amerykańskim Uniwersytecie w New Jersey.

Współpracownik Reagana w Departamencie Stanu Anthony Salvia uczestniczył w debacie z przedstawicielem ambasady sowieckiej w Waszyngtonie Witalijem Czurkinem. Czurkin został przyjęty owacjami, a Salvię wygwizdano. – Był traktowany przez słuchaczy jako reprezentant amerykańskiego imperializmu – wspomina Lenczowski.

Czurkin dał popis swoich umiejętności wciskania nachalnej sowieckiej propagandy. Starał się przekonywać, że Sowieci traktują dużo poważniej rozmowy rozbrojeniowe niż USA. Na dowód tego przytaczał różne propozycje i wymieniał rzekome ustępstwa, na które Moskwa miała się zgodzić. I oskarżył Stany Zjednoczone o uporczywe trwanie przy swoim stanowisku.

Oczywiście oni zawsze przedstawiali korzystne dla siebie rozwiązania, których sformułowania zabraniali nam zwolennicy zbliżenia z Rosją – wspomina Lenczowski. – Dlatego to my mieliśmy się zbliżać do nich, taka była logika – dodaje.

Jednak sowiecki aparatczyk trafił na twardego konserwatystę amerykańskiego, jakim był Salvia. “Stany Zjednoczone nie mogą zawrzeć pokoju ze Związkiem Sowieckim, dopóki Moskwa sama nie pojedna się z własnym narodem. To wy prowadzicie archipelag GUŁAG, w którym przetrzymujecie więźniów sumienia. Ich jedynym występkiem była niechęć do wiary w to, co reżim im nakazywał” – powiedział Salvia. – Na sali zapadła kompletna cisza – wspomina Lenczowski. Wówczas współpracownik Reagana odwrócił się w kierunku sowieckiego urzędnika i zapytał: “Czy pan jest w stanie temu zaprzeczyc?”. – W tym momencie wśród audytorium studentów o lewicowych przekonaniach zerwała się burza oklasków i okrzyków na rzecz uwolnienia więźniów politycznych. Czurkin zbladł i wybiegł z sali – wspomina Lenczowski.

Lewica Białego Domu nie mogła tego znieść. W 1983 r. Mike Deaver, James Baker i Nancy Reagan przekonali, że Reagan musi zdymisjonować swojego doradcę ds. bezpieczeństwa narodowego Williama Clarka. – Twierdzili, że Clark i jego pachołki w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego wzmacniali najgorsze instynkty Reagana w relacjach ze Związkiem Sowieckim – mówi pragnący zachować anonimowość bliski współpracownik prezydenta Reagana.

Niestety, Reagan uległ presji. Lewica podsunęła mu dobre usprawiedliwienie tej decyzji. W Departamencie Spraw Wewnętrznych ówczesny jego szef James G. Watt wypowiedział się w mediach w sposób, który dyskwalifikował go jako członka administracji prezydenta. Dlatego “silny i opanowany” Clark był doskonałym następcą.

Zanim Clark został wysłany przez lewicę na tę “Syberię”, udało mu się położyć fundament pod zwycięstwo w zimnej wojnie – przypomina zastępca doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego prezydenta Robert McFarlane. – I niewątpliwie bez takich ludzi jak Lenczowski nie byłoby to możliwe – dodaje.

Polska – centrum europejskiej cywilizacji

O osiągnięciach Johna Lenczowskiego w pełni będzie można powiedzieć, gdy zostaną otwarte dokumenty Rady Bezpieczeństwa Narodowego z tamtego okresu.

Był najbliższym współpracownikiem “Billa” Clarka, z którym napisał pięć najważniejszych dokumentów, dyrektyw prezydenckich, dotyczących działań w dziedzinie polityki zagranicznej zmierzającej do uwolnienia mieszkańców państw zza żelaznej kurtyny. Doprowadził też m.in. do zwiększenia przez Kongres finansowania mocniejszych nadajników dla Radia Wolna Europa, które były trudne do zagłuszania. To Lenczowski był autorem wielu kluczowych przemówień prezydenta, które szlifowali tzw. redaktorzy przemówień (na czele zespołu stali Anthony Dolan i Peter Robinson).

John Lenczowski, pisząc przemówienie prezydenta, które miało być wygłoszone na forum brytyjskiego parlamentu, włączył akapit o Polsce. “Kilkaset kilometrów od muru berlińskiego znajduje się jeszcze jeden symbol. W centrum Warszawy stoi znak informujący, jak daleko jest stamtąd do dwóch stolic. Wskazuje w kierunku Moskwy. I pokazuje kierunek do Brukseli [...] Odległość do obu stolic jest niemal taka sama. Ten znak przypomina nam o pewnej prawdzie: Polska nie jest Wschodem ani Zachodem. Polska jest w centrum europejskiej cywilizacji. Jej wkład w budowę cywilizacji jest olbrzymi. I kontynuuje go poprzez okazywanie wspaniałego oporu wobec prześladowań.

Polskie zmaganie, by być Polską i o podstawowe prawa, które często tratujemy jako coś oczywistego, pokazuje, dlaczego nie powinniśmy ich traktować jako oczywistość. [...] Od Szczecina nad Bałtykiem i Warny nad Morzem Czarnym reżimy totalitarne miały 30 lat, by się zalegalizować. Ale żaden – ani jeden reżim – nie zaryzykował wolnych wyborów. Reżimy osadzone na bagnetach nie zapuszczają korzeni.

Siła Solidarności w Polsce zawarta jest w dowcipie opowiadanym w Związku Sowieckim. Że Związek Sowiecki i tak pozostanie narodem jednopartyjnym, bo nawet jeśli byłoby zezwolenie na utworzenie partii opozycyjnej, to każdy zapisałby się do opozycji” – mówił Reagan w Westminsterze.

Lenczowski odszedł z Białego Domu w 1987 r. Ale wtedy już, jak wynika z dokumentów rządu amerykańskiego, Stany Zjednoczone miały przewagę psychologiczną i militarną nad Związkiem Sowieckim. A dwa lata później polityka amerykańska zapoczątkowana przez Williama Clarka i jego współpracownika, a także desperackie wysiłki Michaiła Gorbaczowa na rzecz uratowania władzy przez komunistów (i jego błędy) doprowadziły do rozpadu Związku Sowieckiego.

Tomasz Pompowski
“NGP-Nowe Państwo”, 10(44)/2009

Źródło:www.panstwo.net

TOMASZ POMPOWSKI jest dziennikarzem, publicystą i tłumaczem, autorem książki Armia Boga kontra Imperium Zła i wraz z Newtem Gingrichem współtwórcą filmu 9 dni, które zmieniły świat .