Instytut Ronalda Reagana
Reagan się nie bał

Reagan się nie bał

dodano: 01.09.2011

Jego bronią była odwaga, determinacja i jasne zasady moralne.
Dzięki temu zmienił świat.

USA, druga połowa lat 40. ubiegłego stulecia. „Naprawdę kupiłeś sobie łódź podwodną, Jack?” – pyta zdziwiony Bill. „Właściwie zupełnie jej nie potrzebowałem, ale Ronnie był taki przekonujący w tej reklamie” – odpowiada na to zapytany…

Tak, to o Ronaldzie Reaganie. Znany i bardzo popularny wówczas aktor filmowy wziął udział w kampanii zachęcającej Amerykanów po zakończeniu drugiej wojny światowej do zakupu sprzętu wojskowego z demobilu. Ta pełna sarkazmu anegdota dobrze obrazuje stosunek komunizujących i lewicowych środowisk Hollywoodu do późniejszego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

2004: Kraków przed Warszawą

We wrześniu 2004 radni Nowej Huty podjęli uchwałę, która dobrze świadczy o ich rozeznaniu w dwudziestowiecznej historii świata i Polski. Plac, zwany dotąd Centralnym, będzie nosił imię zmarłego kilka miesięcy wcześniej byłego amerykańskiego prezydenta, który bardziej niż jakikolwiek inny polityk przyczynił się do wyrwania krajów Europy Środkowo-Wschodniej z totalitarnej opresji Związku Sowieckiego. To istotne wydarzenie zostało zignorowane przez polskie media, zwłaszcza te, które kilka lat wcześniej zręcznie storpedowały próbę upamiętnienia zasług Reagana w Warszawie. Dlatego reprezentacyjny plac stołecznej MDM nadal nosi imię stalinowskiej Konstytucji PRL z 1952 roku.

„Kowboj”, „trzeciorzędny aktor”, „pogromca kurczaków”. Komunistyczna propaganda robiła wiele, żeby ośmieszyć i zdemonizować w oczach Polaków republikańskiego gospodarza Białego Domu w latach 1981-1988. Ale wówczas, zarówno jeszcze podczas solidarnościowego zrywu, jak i stanie wojennym ludzie wiedzieli, co sądzić o Reaganie, a dokąd czym prędzej należałoby wysłać Jaruzelskiego z Kiszczakiem i Urbanem. Ten czysto intuicyjny, ale trafny przecież osąd, kto jest sojusznikiem, a kto wrogiem suwerennej Polski, udało się zasnuć mgłą niepamięci dopiero w III RP.

1950: Krucjata Wolności

O Reaganie i jego zasługach wiemy dziś niewiele. Bardziej już pamiętamy prezydenta Thomasa Woodrowa Wilsona, który – dzięki lobbowaniu Paderewskiego – zadbał o polskie interesy podczas konferencji pokojowej w Wersalu. Park Wilsona w poznańskiej dzielnicy Łazarz, plac Wilsona na stołecznym Żoliborzu… W czasach II RP umieliśmy lepiej okazać wdzięczność przyjaciołom i sprzymierzeńcom.

Dobrze więc się stało, że Wydawnictwo Albatros opublikowało książkę Petera Schweizera, związanego z prestiżowym Instytutem Hoovera badacza i publicysty, który specjalizuje się w stosunkach międzynarodowych oraz problematyce bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych. Napisana w roku 2002 „Wojna Reagana” (z podtytułem: O jego czterdziestoletniej walce z komunizmem zakończonej ostatecznym zwycięstwem) zadaje kłam czarnej legendzie, budowanej z uporem również przez nieprzychylne 40. prezydentowi USA tzw. liberalne media amerykańskie. A dla nas może być ważnym źródłem wiedzy o tym mądrym człowieku i przyjaznym Polsce polityku.

„Polem bitwy o pokój są obecnie państwa zajmujące obszar od Bałtyku do Morza Czarnego. Nie są to duże państwa, ale zamieszkują je miliony ludzi kochających wolność, ludzi naszego pokroju, o podobnej kulturze. To oni wysyłali tu miliony synów i córek, którzy stanowią obecnie część społeczeństwa Stanów Zjednoczonych. Czasami nazywa się te kraje państwami satelickimi, lecz ściśle biorąc, są to zniewolone narody Europy” – mówił Reagan, niespełna czterdziestoletni aktor, działacz związkowy i zwolennik Partii Republikańskiej, podczas tzw. Krucjaty Wolności w 1950, której pokłosiem stało się m. in. powstanie Radia Wolna Europa oraz Radia Liberty. Niewielu amerykańskich polityków, nawet wśród republikanów, o zapatrzonych w lewicę intelektualistach już nie wspominając, miało wówczas tak przenikliwe spojrzenie na sytuację w powojennej Europie.

1981: Zło jest bezsilne…

Z trzystustronicowej pracy Schweizera, który szperał w odtajnionych archiwach amerykańskich, sowieckich, enerdowskich, węgierskich i polskich dowiadujemy się nie tylko, dlaczego byłemu republikańskiemu gubernatorowi Kaliforni z lat 60. udało mu się wygrać batalię z sowieckim komunizmem, ale również jak to zrobił.

Niezłomność, odwaga osobista, również w głoszeniu niepopularnych poglądów, wreszcie głębokie przywiązanie do wolności – pisze Schweizer – nadały Reaganowi format męża stanu. Gdy jeszcze jako związkowiec zwalczał podjętą przez działaczy Komunistycznej Partii USA próbę infiltracji przemysłu filmowego w Hollywood, wrogowie nazwali go „jednoosobowym batalionem”. Będąc gubernatorem, skutecznie przeciwdziałał lewackiej rewolcie w kampusach Berkeley. Prezydenta Johnsona krytykował za to, że nie stara się wygrać wojny wietnamskiej, a kolejne ekipy w Białym Domu – za niezmienną uległość wobec sowieckiej presji militarnej i propagandowej.

Reagan, któremu złośliwi przypisywali nawykowy antykomunizm, miał (zwłaszcza po zamachu na swoje życie w marcu 1981) poczucie misji: przywrócić wolność narodom zniewolonym przez eksportujący rewolucję Związek Sowiecki. Niedoceniany w USA przez polityków obu partii, dysponował szerszym oglądem spraw od wielu z nich. Natomiast liberalne media, zwłaszcza przed wyborami prezydenckimi w 1980, po prostu go zwalczały, co zauważył nawet komentator niechętnego republikanom dziennika Washington Post. Paradoksalnie, najprędzej poznali się na nim przywódcy ZSRS, którzy – poczynając od Breżniewa i Andropowa, aż po Gorbaczowa i jego otoczenie – żywili dla Reagana rodzaj ponurego respektu.

1983: ...gdy dobro się nie boi

Od lat młodzieńczych Reagan z odrazą myślał o wojnie, ale w przeciwieństwie do naiwnych lub sponsorowanych przez Moskwę pacyfistów, rozumiał istotę komunizmu. Ten system – oparty na strachu, przemocy, ekspansji terytorialnej – brzydził go jeszcze bardziej. Reagan współczuł Węgrom, których pozostawiono samym sobie w 1956. A wycofanie się Amerykanów z Wietnamu uważał za zdradę wobec sojuszników w Sajgonie.

Tymczasem przewaga militarna Sowietów, skutek tzw. polityki odprężenia, czyniła ich zwycięstwo w zimnej wojnie czymś niepokojąco realnym. Ustępliwość prezydenta Cartera, który zawrzał gniewem, dopiero po inwazji ZSRS na Afganistan, dopełniła reszty. Natomiast Reagan był pragmatyczny i konsekwentny. I wiedział, czego chce. Już w latach 60. był przekonany, że ostra rywalizacja w dziedzinie zbrojeń musi doprowadzić sowiecką gospodarkę do zapaści, a cały system do kapitulacji. Jednak dopiero w czasie dwóch kadencji swej prezydentury, dysponował odpowiednimi środkami.

Mimo że gospodarka amerykańska przechodziła właśnie kryzys, trzecią część czasu spędzonego w Gabinecie Owalnym następca Cartera poświęcał zwykle na studiowanie raportów wywiadu i analizę problemów bezpieczeństwa. Otwarty na nowości technologiczne oraz niekonwencjonalne pomysły, mimo licznych oporów, przeforsował program obrony strategicznej (SDI), odwracając w ten sposób układ sił na korzyść USA. Znamienne, że rozbudowę potencjału obronnego przeciwnicy tej koncepcji nazwali zaraz „wojnami gwiezdnymi”.

1982: Ocalić Solidarność

Reagan, który w 1979 z uwagą śledził przebieg pierwszej wizyty papieża w ojczyźnie, od razu pojął też znaczenie polskiego Sierpnia. Powstanie niezależnej od władz organizacji związkowej, a zwłaszcza pamiętne posłanie Solidarności skierowane jesienią 1981 do narodów Europy Wschodniej, z jednej strony, budziło nadzieję na zmiany, z drugiej, wywołało wściekłość Andropowa i niepokój przywódców Węgier, Bułgarii oraz NRD.

Na wiadomość o narzuconym Polsce stanie wojennym Reagan zareagował zdecydowanie. Prof. Richard Pipes, jeden z członków Rady Bezpieczeństwa Narodowego (NSC), zapamiętał słowa prezydenta: „Coś trzeba zrobić! Musimy ich mocno uderzyć i ocalić Solidarność”. Za słowami poszły czyny: sankcje gospodarcze wobec Moskwy i Warszawy, presja na władze wojskowe w Polsce, wzmocnienie Radia Głos Ameryki, pomoc materialna dla podziemnej Solidarności.

Reagan, który od lat doceniał rolę radia, prowadził konserwatywną politykę przy użyciu nowoczesnych środków. Działał skutecznie. „Sankcje były przyczyną wielkich strat w gospodarce” – przyznał po latach generał Kiszczak w liście do autora książki.

1988: Idee mają konsekwencje

Gdy po ośmiu latach urzędowania 77-letni Reagan opuszczał Biały Dom, świat wyglądał inaczej. Stany Zjednoczone przewodziły w wyścigu zbrojeń, a imperium sowieckie, przegrawszy politycznie i gospodarczo zimną wojnę, a militarnie gorącą w Afganistanie – bezkrwawo się rozpadało. Państwa Europy Środkowo-Wschodniej odzyskały suwerenność. Grenada była wolna, upadały reżimy marksistowskie w Trzecim Świecie, sandiniści mieli już wkrótce oddać władzę w Nikaragui.

Spowodowana polityką USA obniżka cen ropy, ekonomiczne skutki sankcji gospodarczych, wreszcie koszty walki z ruchami wolnościowymi i partyzantką afgańską wspieraną przez Reagana –wszystko to, według szacunków Schweizera, kosztowało Związek Sowiecki ponad 30 miliardów dolarów. Przeświadczenie sprzed wielu lat, potwierdzone potem analizą danych wywiadowczych, że gospodarka komunistyczna nie wytrzyma takiej presji, okazało się trafne.

Wiosną 1988 roku Reagan, który przez blisko półwiecze nie szczędził moralnej krytyki komunizmowi, przyjął zaproszenie prezydenta Gorbaczowa, by tam w Moskwie mówić o Bogu komunistycznym oficjelom, a byłym dysydentom o wolności. To był naprawdę niezależny człowiek. Zasłużył na naszą pamięć.

„Tygodnik Solidarność” nr 42, 15.10.2004

Peter Schweizer, „Wojna Reagana”, w przekładzie Piotra Amsterdamskiego, Wydawnictwo Albatros – Andrzej Kuryłowicz, Warszawa, 2004

Źródło: waldemar-zyszkiewicz.pl