Instytut Ronalda Reagana
Norymberga dla lewicy!
Jerzy Rzędowski

Norymberga dla lewicy!

dodano: 07.09.2007

Gdy upadła III Rzesza natychmiast zabrano się do jej likwidacji. Symbolem była oczywiście Norymberga, niegdyś miejsce triumfalnych celebracji NSDAP, a po wojnie siedziba międzynarodowego trybunału osądzającego twórców i współpracowników totalitaryzmu. Kilkuset największych zbrodniarzy powieszono, innych wsadzono do więzień. Główni liderzy uniknęli odpowiedzialności (przynajmniej na tym świecie), popełniając samobójstwo, ale tak naprawdę w denazyfikacji chodziło o potępienie ideologii i o ukaranie bezpośrednich wykonawców. Żaden z nich nie doczekał w Berlinie przyjemnej sutej emerytury jako „zasłużony funkcjonariusz aparatu bezpieczeństwa”. Niektórzy zdołali uciec do Argentyny, by tam dożyć swoich dni – może nawet w dostatku, ale ze świadomością wygnania z ojczyzny i potępienia przez świat.

W Norymberdze sądzono nie tylko tych, którzy bezpośrednio mieli krew na rękach. Sądzono także ideologa Streichera, dyplomatę von Ribbentroppa, bankowca Funka i szefa młodzieżówki von Schiracha. A przede wszystkim – sądzono system i tworzące go organizacje.

Józef Goebbels popełnił samobójstwo w bunkrze, zamiast zostać jednym z najbogatszych Niemców, wzbogaconym na wydawaniu tygodnika „Nein”, opisującego w wulgarny sposób świństwa przeciwników Hitlera. Żaden inny przywódca NSDAP nie został prezydentem ani kanclerzem powojennych Niemiec, ani nawet pomniejszym urzędnikiem w kolejnych rządach.

Wszyscy Niemcy przeszli po wojnie ostre pranie mózgu, obowiązkową zmasowaną edukację na temat tego, czym był hitleryzm, w którym wszyscy żyli i który prawie wszyscy popierali. I chociaż wielu uznawało przymusowe filmy o obozach koncentracyjnych za przesadę, albo po cichu widziało w Hitlerze zbawcę narodu i budowniczego autostrad, to nikt nie przyznałby się do tego głośno. Nie, nie z obawy przed karą – denazyfikacja skończyła się już kilka lat po wojnie. Nie powiedziałby tak ze wstydu i obawy przed publicznym potępieniem.

Komunizm miał więcej szczęścia niż nazizm, mimo że porównanie liczby ofiar wychodzi na niekorzyść tego pierwszego. Choć obu zakazuje ten sam artykuł konstytucji RP, nikt nie wie jak w praktyce taki zakaz miałby wyglądać. Wyjście w brunatnym t-shircie z podobizną Hitlera i swastyką niechybnie skończyłoby się zatrzymaniem przez najbliższy patrol policji, ale już czerwone gwiazdy, sierpy i młoty czy wreszcie podobizny Che-Guevary (kubańskiego mordercy dzieci), młodsi i starsi kretyni noszą dumnie jako coś „cool” i „trendy”.

Tu uwaga – nie ma nic dziwnego w tym, że ktoś uważa lata 1944-1989 za okres osobistego szczęścia. Przeżywaliśmy wtedy swoje dzieciństwo, dorastanie, młodość albo okres aktywnego życia, a to zazwyczaj kojarzy się miło. Jednak nie ma to nic wspólnego z tym, że państwo w którym żyliśmy, było państwem nienormalnym, wynaturzonym, zrodzonym ze zbrodni i opartym na kłamstwie. Żyliśmy w księżycowej gospodarce i przestępczym ustroju, czczącym psychopatę Dzierżyńskiego i defraudanta Żymierskiego, a nie prawdziwych bohaterów. Co ja zresztą piszę o bohaterach – żyliśmy w kraju, który w głębokiej pogardzie miał każdego obywatela.

Żaden sentyment do lat młodości – powtarzam, zupełnie zrozumiały – nie może zniekształcić nam oceny tamtego okresu.

No dobrze, ale dlaczego piszę o tym 18 lat po upadku PRL? Nie lepiej zapomnieć, iść do przodu?

Wciąż nie możemy iść do przodu właśnie dlatego, że PRL wcale nie upadł. Dziś, gdy polskim parlamentem i rządem wstrząsają kolejne kryzysy, widać to z całą ostrością. Nigdy nie zrzucony socjalistyczny bagaż, nigdy nie potępiony styl sprawowania rządów, nigdy nie odrzucony model relacji państwa i obywatela, pojawia się w kolejnych mutacjach.

Przedstawiciele „ludu pracującego miast i wsi” w myśl leninowskiego postulatu „kucharka – ministrem”, demokratycznym wybrykiem stają się parlamentarzystami, „elitą narodu”, głównie po to, by później narażać wyborców na żenujące spektakle telewizyjne pod tytułem „Zdradzałem żonę, w tym raz z prostytutką”.

Wysocy urzędnicy traktują powierzone sobie instytucje jak prywatne folwarki (proceder „blue-taxi” to najbardziej znany objaw, ale przecież nie jedyny), bo przecież tak samo robili ich poprzednicy sprzed 1989. Władza publiczna nadal utrzymuje własność setek spółek, tylko po to by można było obsadzać rady nadzorcze i zarządy w nagrodę za wierność aktualnie rządzącej partii.

Walka z korupcją wciąż nie polega na likwidacji wymaganych zezwoleń, tylko na dokładniejszym patrzeniu na ręce ich wystawcom. Tak jak w PRL obywatel nie może przecież podejmować ważnych dla siebie decyzji bez zezwolenia, bo władza uważa, że jest na to zbyt głupi. Komentatorzy tzw. afery Leppera zastanawiają się, czy chciał wziąć łapówkę czy nie – ale nikt nie widzi absurdu w tym, by ministerstwo w Warszawie decydowało, co na własnej działce ma zrobić jej właściciel pod Olsztynem!

Nadal, jak w socjalizmie, „wszystkie dzieci nasze są” – urzędnicy z alei Szucha (dobry adres, nawiasem mówiąc) mają ustalić czego mają się uczyć dzieci i czy mają mieć przy sobie komórki schowane w kieszeni mundurka, czy nie. Nikt nawet nie piśnie, że w normalnym kraju takie decyzje podejmują rodzice, a do ustalenia listy lektur zatrudniają nauczyciela!

PRL istnieje jak polityczny zombie – niby go nie ma, ale wciąż żyje w umysłach ludzi, w regułach polityki w szczegółach codziennego życia.

Norymberga dla lewicy! Wszystko bierze się stąd, że nie osądzono systemu i jego ludzi. Komunistyczni przestępcy spokojniutko sobie wymierają, odkarmieni na kilkutysięcznych emeryturach, zamiast zdychać w należnym im poniżeniu; dają tym jasny i czytelny sygnał, że nie każda zbrodnia musi być ukarana. PRL-owscy urzędnicy gnębiący domiarami tzw. prywatną inicjatywę nadal pracują w urzędach, tylko teraz mają ISO. Nauczycielki zapisujące dzieci pod przymusem do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej prowadzą teraz Kluby Europejskie, czasem nawet gazetki ścienne mają w tym samym miejscu. PZPR-owscy liderzy, niegdyś wsłuchani we „wskazówki z Moskwy” i decydujący w Biurze Politycznym, którą demonstrację rozjechać czołgami najpierw, a którą potem, dziś uznawani są za pełnoprawnych polityków, mających prawo krytykować rządzących z tej czy innej partii za „niepraworządność”, „faszyzm” i złą politykę zagraniczną.

Norymberga dla lewicy – dopóki jeszcze to pamiętamy, dopóki żyją sprawcy, dopóki można jeszcze zmienić sposób działania państwa. Inaczej na dziesięciolecia zostanie nam system, który przez wszystkich będzie uważany za normalny. Straciliśmy 18 lat – czy znajdzie się odważny polityk, który powie „dość” i naprawdę zakończy żywot PRL?

Jerzy Rzędowski