Instytut Ronalda Reagana
"Niet" prezydenta Reagana

Mariusz Bober

dodano: 16.08.2012

Z Michaelem Reaganem, najstarszym synem 40. prezydenta USA Ronalda Reagana, rozmawia Mariusz Bober

Mateusz Bober: Czasami jeden człowiek może zmienić bieg historii. Pański ojciec był jednym z tych ludzi, którzy zmienili nie tylko bieg historii świata, ale również światopogląd i postawy Amerykanów w czasach, gdy wolny świat uległ lewicowej ideologii. Jak mu się to udało? Co okazało się “lekarstwem” na komunizm?

Michael Reagan: – Mój ojciec sporo czytał na temat komunizmu, jeszcze zanim zaczął pracę w Hollywood. Dobrze wiedział, czym jest. Gdy przyszedł do Hollywood, dostrzegał tam wpływy tej ideologii i zwalczał je później aż do uzyskania fotela prezydenckiego. Wielu ludzi bało się wtedy wyrażać otwarty sprzeciw wobec komunizmu lub innych form agresji, ale nie mój ojciec, ponieważ miał on wiele odwagi i hartu ducha.

Ronald Reagan trafnie dostrzegł, jak wielką rolę odgrywają nowe media w walce o ludzkie serca i jak są wykorzystywane w promowaniu totalitarnych ideologii. Czytałem, że zwalczał wpływy komunistów w Hollywood tuż po II wojnie światowej.

- Oczywiście, zwalczał komunistów w Hollywood, ponieważ – jak pan zauważył – widział, jak wciskają się do nowych mediów. Przed kamerą rysowali komunizm jako piękny i cudowny system, a mój ojciec wiedział, że nie był ani piękny, ani cudowny. I właśnie taki obraz należało przedstawić. Tego zadania podjął się mój ojciec jako przewodniczący Amerykańskiego Stowarzyszenia Aktorów. Za swój obowiązek uznał ukrócenie wpływów komunistycznych tam, gdzie mógł. Wiele go to jednak kosztowało.

Filmy były wówczas najlepszym sposobem walki o “rząd dusz” w USA?

- Podczas wojny ojciec “służył” w Hollywood. Miał wadę wzroku, więc nie przyjęto go do czynnej służby. Brał za to udział w kręceniu filmów o Ameryce, jej militarnym udziale w wojnie, ale także o tym, kim naprawdę jesteśmy. Pomaganie wojsku w ten niezwykły sposób było dla niego źródłem radości. Można by rzec, że Ronald Reagan był wręcz stworzony do walki ze Związkiem Sowieckim.

Czy może nam Pan powiedzieć, skąd u ojca wzięła się ta wiara w zwycięstwo nad Imperium Zła? Przecież mówiono wówczas Amerykanom, że “komunizm zwycięży nad światem”.

- Po śmierci mojego ojca miałem okazję zjeść lunch z byłą premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher. Powiedziała mi: “Świat mógłby wyglądać zupełnie inaczej, gdyby pańskiego ojca wybrano i w 1976, i w 1980”. Wszyscy wiedzieli, na czym polegał problem, ale potrzebowali amerykańskiego prezydenta – przywódcy wolnego świata – który by ich zrozumiał, udzielał wsparcia. Ronald Reagan był gotowy objąć przywództwo. Jego polityka zagraniczna była bardzo prosta: my wygramy – oni przegrają. Zdecydowanie wypowiadał się o Imperium Zła, nawet gdy doradcy z Departamentu Stanu mu to odradzali. Stanął przed Bramą Brandenburską, mówiąc: “Panie Gorbaczow, niech pan zburzy ten mur”, chociaż jego własna administracja mu to odradzała. Ronald Reagan wiedział, jakie działania były w tej chwili słuszne i wiedział również, co mówi. Zwracał się bowiem nie tylko do tych, którzy stali przed nim, czy do słuchających przemówienia o Imperium Zła, czy studentów Uniwersytetu Notre Dame, do wolnych ludzi, których miał tuż przed sobą, ale także do tych, którzy byli daleko, po drugiej stronie żelaznej kurtyny, a którzy pragnęli być wolni. Mój ojciec znakomicie czuł tę sprawę i tym zjednywał sobie ludzi, właśnie to umożliwiło mu zakończenie zimnej wojny i zwycięstwo nad komunizmem.

Drugie wybory wygrane przez Pana ojca w 49 stanach pokazały, że Amerykanie wierzyli w Ronalda Reagana i jego wizję walki z komunizmem. W jaki sposób Pana ojciec pokazał obywatelom, że Stany Zjednoczone powinny i mogą wygrać z blokiem wschodnim?

- Myślę, że kluczowe znaczenie miała zdecydowana postawa mojego ojca, którą zademonstrował m.in. umieszczając rakiety na terenie Europy Zachodniej. I tak jak okazał siłę w polityce zewnętrznej, tak samo prowadził politykę wewnętrzną, próbując wydostać Amerykę z recesji. Zauważmy, że Amerykanie głosują zgodnie z kondycją gospodarki: jeśli stać ich na przykładowy złoty zegarek, to temu, kto im taką silną gospodarkę zafundował, dają kredyt zaufania także na działania w zakresie polityki zagranicznej. Obywatele wiedzieli, że Reagan jest silny, co pokazał wiele razy, choćby w Libii i Grenadzie. Wiedzieli, że jeżeli powiedział, że coś zrobi, to mogą spać spokojnie pewni, że tak się stanie.

Komunizm upadł, ale w szeregach obecnej administracji prezydenta Obamy widzimy grono polityków nadal wierzących w socjalizm. Co tym razem odmieniło serca i umysły Amerykanów?

- To, co obecnie zmieniło Amerykę, to edukacja. Nasz system edukacji nie wyjaśnia uczniom, czym rzeczywiście był socjalizm i komunizm. W naszym kraju socjaliści nadal są w stanie dobrze sprzedawać swoje pomysły. Potrzeba dziś drugiego Ronalda Reagana, aby stawił opór. Dlaczego dziś nie ma takiej postaci? Obywatele są świadomi tego braku, jak sądzę. Mamy teraz prezydenta, który wycofał się z systemu obrony przeciwrakietowej w Polsce i Czechach. Nie rozumie on, że należy wspierać tę część świata, która odzyskała wolność dzięki pracy Ronalda Reagana i Papieża Jana Pawła II. Jan Paweł II nie dokonałby tego bez Reagana, a Reagan nie dokonałby tego bez Jana Pawła II. Dziś nie widać żadnej współpracy między Watykanem a Waszyngtonem i z tego względu świat ma dziś tyle problemów. Świat potrzebuje świadomości, że Ameryka czuwa, a jeśli jej nie ma, natychmiast wkrada się nieład.

W Europie powszechne jest mniemanie, iż Obama to nowa jakość i nowa wizja dla Ameryki.

- Nowa wizja Ameryki na wzór Grecji, Francji lub Hiszpanii? Francja, Hiszpania i pozostałe kraje Europy wcale nie chcą, żeby Ameryka wyglądała tak jak one, bo one właśnie bankrutują. Te kraje potrzebują Ameryki silnej finansowo i moralnie, ponieważ to my jesteśmy owym “jaśniejącym miastem na wzgórzu” i jeśli nie uda nam się utrzymać w roli latarni wolności dla reszty świata, grozi im nieład.

Dlaczego w takim razie tak wielu Amerykanów i Europejczyków zwraca się ku socjalizmowi? Czy światowy kryzys gospodarczy może być tego przyczyną?

- Obywatele nie mają właściwego rozeznania ról, jakie oni sami i państwo mogą grać podczas kryzysu gospodarczego. Nie są skorzy do dawania czegoś od siebie, szukania rozwiązań na własną rękę, za to chętnie wyciągają rękę po pomoc. A może należałoby spojrzeć w lustro i zapytać siebie: Co ja mogę zrobić, żeby naprawić tę sytuację? Nas, Amerykanów, zadowalają dwa – trzy tygodnie urlopu, a tam urlopy trwają całymi miesiącami, kraj dosłownie zamyka się na czas wakacji. Nic się nie produkuje, nie ma wpływów z podatków, a do tego na ulicę wychodzą ludzie chcący tylko brać, a nie dawać. Taki świat staje w obliczu nie tylko moralnego, ale i finansowego bankructwa. Taka postawa wynika w znacznej mierze z edukacji. Stany Zjednoczone powinny uświadamiać młodzieży wielkość Ameryki, jej miejsce w świecie. To, co mnie smuci w Europie, to fakt, że w krajach, które tak niedawno odzyskały wolność – w listopadzie 1989 roku – nikt nie uczy młodzieży, skąd ta wolność się wzięła, jaką cenę za nią zapłaciły pokolenia ich przodków. Mój ojciec zauważył kiedyś: “Wolność nigdy nie jest bezpieczna na dłużej niż jedno pokolenie. Nie wysysa się jej z mlekiem matki. O wolność i za wolność musi walczyć każde pokolenie”. Mój ojciec naprawdę wierzył, że o wolność warto walczyć. Musimy przestać jęczeć, tylko stanąć do walki – i w Ameryce, i w Europie.

Niektórzy politycy, zwłaszcza zasiadający w obecnym polskim rządzie, zwracają się w stronę Rosji jako “starszego brata”, jako przyjaciela. Nie tylko polscy zresztą, także politycy niemieccy postrzegają Rosję jako strategicznego partnera.

- Rosja jest traktowana w ten sposób, ponieważ Stany Zjednoczone opuściły Polskę, a Polska, podobnie jak Czechy i inne kraje tego regionu, musi sama dbać o zabezpieczenie tyłów. Stany Zjednoczone zabezpieczają swoje tyły przez kłanianie się Putinowi, którego marzeniem jest rekonstrukcja Związku Sowieckiego, tyle że tym razem na Bliskim Wschodzie. To on pociąga za sznurki na Bliskim Wschodzie, ale nikt nie mówi o tym głośno. Sytuacja przypomina tę sprzed prezydentury mojego ojca: wiemy, jak jest naprawdę, ale lepiej tego nie mówić głośno. Ktoś musi się jednak na to zdobyć.

Dziś w Polsce również walczymy środkami pokojowymi o wolność słowa, zmagając się z czymś na kształt dyktatury mediów opanowanych przez kręgi liberalne. Co by nam Pan powiedział?

- Że nigdy nie wolno porzucić walki o wolność. Na przekór wszystkim! Ronald Reagan potrafił sprzeciwić się nawet własnemu rządowi, który odradzał mu mówienie o zburzeniu muru berlińskiego. Gdy rząd, a nawet niektórzy członkowie rodziny nakłaniali prezydenta do podpisania porozumienia z Michaiłem Gorbaczowem w Reykjaviku, co oznaczałoby zrezygnowanie z Inicjatywy Obrony Strategicznej – projektu znanego jako “wojny gwiezdne”, Reagan powiedział: “Nie”. Opowiem panu teraz pewne zdarzenie. W 1976 roku, gdy mój ojciec ubiegał się nominację w wyborach prezydenckich i przegrał, zapytałem go: “Dlaczego chciałeś zostać prezydentem USA?”. Odpowiedział mi: “Zbyt wiele lat patrzyłem na naszych prezydentów zasiadających razem z sowieckimi sekretarzami generalnymi i słuchałem, jak gensekowie oczekują, że zrezygnujemy z czegoś, tylko dlatego, że im tak pasuje. Mam dość patrzenia, jak Ameryka z czegoś rezygnuje tylko po to, żeby ugłaskać Związek Sowiecki. Chciałbym być pierwszym prezydentem USA, który usiądzie do stołu z sekretarzem generalnym Związku Sowieckiego, ale to ja wybiorę stół, i krzesło, i miejsce. A gdy on powie mi, z czego mam zrezygnować w imię dobrych stosunków, to ja wtedy wstanę z krzesła, przejdę wokół stołu, nachylę się nad nim i szepnę mu do ucha: “Niet””. Niewiele ponad 10 lat później, w październiku 1986 roku, podczas konferencji w Reykjaviku, Michaił Gorbaczow podszedł do mojego ojca i oświadczył, że przed podpisaniem jakiegokolwiek porozumienia Stany Zjednoczone muszą zrezygnować z IOS. Mój ojciec popatrzył na niego i odrzekł krótko: “Niet”. I właśnie to “niet” zapoczątkowało proces, który kilka lat później zaowocował upadkiem muru berlińskiego. Ronald Reagan nigdy nie stracił z oczu najważniejszego celu i to właśnie pragnę powiedzieć Polakom – nigdy nie traćcie z oczu wolności. Nie traćcie z oczu wolności, a zwyciężycie!

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Mateusz Bober
“Nasz Dziennik”, 14-15 sierpnia 2012, Nr 189 (4424)

Za: naszdziennik.pl