Instytut Ronalda Reagana
Miałem sen

Miałem sen

dodano: 23.07.2007

Debata o ministerialnej liście szkolnych lektur to dla zwolenników odpaństwowienia nauki wielkie rozczarowanie

Miałem sen. Piękny sen. Przyśniła mi się szkoła. Nie, nie moja szkoła. Przyśniła mi się szkoła moich dzieci. Niewielka, nowoczesna, przyjazna. Szkoła, w której rodzice mają dużo do powiedzenia, zaczynając już od samego wyboru placówki, poprzez kształtowanie nauczanych treści i metod nauczania, a na doborze nauczycieli kończąc.

Czy to była szkoła publiczna? Niekoniecznie, może prowadziła ją jakaś fundacja, a może spółka prawa handlowego, a może po prostu była to szkoła przykościelna… Nie pamiętam. Ważne, że to była szkoła, z której wszyscy byliśmy zadowoleni. Szkoła, co do której byłem pewien, że nauczy moje dzieci tego, co pożyteczne i wartościowe, i zrobi to w sposób, który uważam za najbardziej dla moich dzieci właściwy.

Niestety, to tylko sen. Kolejny raz przekonałem się o tym podczas ostatniej „afery” związanej z doborem lektur szkolnych. Jeden minister zaczął zmieniać listę lektur ustaloną przez poprzednich ministrów. Dziennikarze, posłowie, inni ministrowie ochoczo przyłączyli się do tej wyliczanki. Jedni potępiają, inni się solidaryzują. Jedni bronią dotychczasowych pozycji niemal jak zdobyczy socjalizmu, drudzy proponują pomijanych wcześniej autorów. Dostojewski, Sienkiewicz, Józef Mackiewicz – nazwiska padają jak w kampanii wyborczej, do której zdaje się przyłączyli przedstawiciele Unii Europejskiej, ustami przewodniczącego swego Parlamentu optujący za niewpuszczaniem na szkolne salony „Krzyżaków”.

Jeszcze chwila a będziemy mieli ogólnonarodowe referendum w sprawie listy lektur lub renegocjację traktatu akcesyjnego. A może wręcz minister ogłosi konkurs na całkiem nowe utwory, w którym nagrodą dla zwycięzcy będzie zaproszenie do negocjacji bez ogłoszenia albo nawet z wolnej ręki?

Niemożliwe, absurdalne, śmieszne, głupie? A czy nie jest paranoją, że o tym, czego mają się uczyć moje dzieci, decyduje minister, poseł, premier, senator? Czy po to daję się obdzierać fiskusowi, żeby żyjący na mój koszt politycy podejmowali decyzje, które sam umiem, mogę i powinienem podjąć (i zrobię to na pewno lepiej niż oni wszyscy razem wzięci)? Czy nie mają na głowie ważniejszych rzeczy, np. wciąż krytykowanych regulacji prawa zamówień publicznych?

Te pytania bolą. Tak jak i boli to, że cały ten skupiony wokół lektur szkolnych zgiełk całkowicie zagłuszył głosy rozsądku. Ja przynajmniej ich nie dostrzegłem, dosłownie ani jednego wystąpienia publicznie poważanej postaci, która nazwałaby rzeczy po imieniu i skierowała dyskusję na właściwe tory – jak zwrócić rodzicom odpowiedzialność za naukę ich dzieci.

Trudno więc w tym stanie rzeczy oczekiwać istotnych zmian. Czekają nas kolejne batalie, społeczne listy poparcia dla lub przeciw autorom „słusznym” i „zakazanym”, karuzele nazwisk i żonglowanie tytułami, również dla doraźnych celów politycznych. Dobro dzieci będzie się zaś w tym wszystkim liczyć najmniej.

W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak tylko życzyć Państwu, aby udało się zrealizować w terminie wszystkie zaplanowane na wakacje remonty szkolnych budynków. Przynajmniej tyle można zrobić, by jawa odrobinę zaczęła przypominać sen.

Marcin Bonicki
“Przetargi Publiczne” nr 7 [20], lipiec 2007