Instytut Ronalda Reagana
Kto za dużo obejmuje...

Kto za dużo obejmuje…

dodano: 22.10.2006

Gdyby państwo zajmowało się dostarczaniem pieczywa, mielibyśmy SIWZ na mąkę.

Jakiś czas temu dałem wyraz mej ufności w instytucję Specyfikacji Istotnych Warunków Zamówienia. No, może głowy nie dałbym sobie uciąć, ale generalnie SIWZ załatwia większość problemów związanych odpowiednim do potrzeb zamawiającego doborem wykonawcy.

Oczywiście jest to tylko uproszczenie. Prawidłowo, jednoznacznie i wyczerpująco opisany przedmiot zamówienia jest niezbędny, natomiast nie wyklucza z automatu ani wad samej specyfikacji, ani niewłaściwych – w świetle ustawy – zachowań ludzkich. Świadczą o tym dwa przykłady z warszawskiego podwórka.

Jedna z dzielnic rozpisała przetarg na projekt zagospodarowania terenu okalającego dziewiętnastowieczne fortyfikacje. Wśród warunków postawionych chętnym do wykonania projektu tego ogromnego terenu (73 ha) było wykazanie się inną pracą projektową na zagospodarowanie terenu o powierzchni nie mniejszej niż 30 ha, wykonaną w okresie ostatnich 3 lat. Przy tak sformułowanych wymaganiach ofertę złożyła tylko jedna spółka. I przetarg wygrała.

Wykonawca nie spełnił jednak warunku posiadania określonego przez zamawiającego doświadczenia. Nie mogąc się wykazać projektem dla obszaru o powierzchni o ponad 30 ha, zsumował pięć wykonanych projektów w okresie ostatnich lat, dzięki czemu ich łączna powierzchnia wyniosła 31,5 ha. Pracownicy zamawiającego wyjaśniali, że na sumowanie powierzchni wykonanych projektów zezwolono ustnie, w odpowiedzi na pytania wykonawcy. Rodzą się tu teraz różne pytania. Np. czy od początku było wiadomo, że nie będzie więcej ofert, bo tylko jeden wykonawca wiedział, że można “czytać między wierszami”?

Drugi przykład. Okres wakacji to czas remontów w szkołach, jedyny moment, gdy można przeprowadzić szerzej zakrojone prace pod nieobecność uczniów. Przedmiotem troski władz samorządowych jest przede wszystkim wygranie walki z czasem – wyłonienie wykonawcy jeszcze przed końcem roku szkolnego i zakończenie remontu przed pierwszym wrześniowym dzwonkiem. Rodzi to różne niebezpieczeństwa, nikogo nie trzeba o tym przekonywać. Wystarczy, że w specyfikacji istotnych warunków zamówienia nie znajdzie się np. wzmianka o tym, że wykonawca, którego zadaniem będzie odnowienie szkolnych podłóg, może zabrać stary parkiet. Wystarczy, że podobnie jak we wcześniej pokazanym przypadku tylko jeden zainteresowany będzie wiedział o takim bonusie i tym sposobem poradzi sobie z konkurentami.

Słysząc o takich działaniach, można zapytać: Co z tego, że prawo zamówień publicznych jest ciągle ulepszane, luki likwidowane, a przepisy doprecyzowane? Po co to wszystko, skoro w tak prosty sposób można zadrwić z systemu prawnego? Dwa przypadki, które przedstawiłem, zostały oczywiście wychwycone, choć ten pierwszy już po zrealizowaniu zamówienia. Ile jednak podobnych naruszeń prawa niknie w gąszczu codziennej działalności, niezliczonych zadań i obowiązków podmiotów publicznych? Dodatkowa armia kontrolerów nie byłaby w stanie skontrolować wszystkich postępowań, o ile oczywiście na tę armię znalazłyby się fundusze, a wszyscy kontrolerzy cieszyli się nieposzlakowaną opinią.

Nadzieję widzę jedną. Skoro natury ludzkiej nie jesteśmy w stanie zmienić, pozostaje przetrzebić ów gąszcz zadań publicznych. Może jednak państwo i jego instytucje nie muszą się zajmować tyloma sprawami? Może lepiej, żeby miały mniej obowiązków, ale realizowały je lepiej? Przecież gdyby państwo odpowiadało za dostarczanie obywatelom chleba, to powstałaby konieczność tworzenia SIWZ na dostawy mąki, a wszystkich postępowań o udzielenie zamówienia “publicznego” nie tylko nie dalibyśmy rady wziąć pod lupę, ale nawet i zliczyć. Jeśli zatem zredukujemy zakres odpowiedzialności państwa to z pewnością będziemy w stanie lepiej przyjrzeć się temu, w jaki sposób wywiązuje się ono ze swych obowiązków. Francuzi mawiają, że kto za dużo obejmuje, ten za mało ściska. I mają rację.

Marcin Bonicki
“Przetargi Publiczne” nr 10 [11], październik 2006