Instytut Ronalda Reagana
Krach socjalizmu na Wall Street

Krach socjalizmu na Wall Street

dodano: 10.10.2008

Wszyscy rozpisują się o kryzysie na rynkach finansowych, jego przyczynach i skutkach. W jednym z polskich dzienników znalazłem tezę, że „gdy ceny nieruchomości zaczęły spadać, coraz więcej ludzi nie było w stanie spłacać kredytów”.

Ale wcale nie lepiej było w prasie zagranicznej, w której można było przeczytać, iż „osłodzona wersja planu ratowania instytucji finansowych nie zmieni sytuacji, w której część kredytów zostanie niespłacona, co powoduje, że spadają ceny domów, a to właśnie taniejące domy doprowadziły do kryzysu finansowego”.

Nieco tylko wulgaryzując, „oficjalna” diagnoza jest taka: „potaniały domy”, co doprowadziło „do kryzysu finansowego” i ludzie „nie są w stanie spłacać kredytów”. Podobno jest to dowód na upadek kapitalizmu, wolnego rynku i liberalizmu.

Co to jest kapitalizm?

Zacznijmy od podstaw. Co to jest kapitalizm? To system gospodarczy oparty na własności prywatnej i swobodzie umów, w którym ludzie konkurują ze sobą i zarazem współpracują, dokonując wymiany towarów i usług. A co to jest wolny rynek? To po prostu prawo podaży i popytu.

Nie jest to jakieś miejsce ani jacyś ludzie. To prawo, które działa tak jak prawo grawitacji, niezależnie od tego, czy chcemy czy nie chcemy. W wyniku jego działania podczas swobodnej wymiany towarów i usług kształtują się ich ceny wyrażone w pieniądzu, który jest w prawdziwym kapitalizmie, zgodnie z zasadami liberalizmu, jedynie powszechnym miernikiem wartości i niczym więcej. A co to jest liberalizm?To ideologia uznająca wolność i równość (ale tylko wobec prawa) za najważniejsze prawa podmiotowe. W opartym na liberalnej ideologii kapitalizmie rywalizują ze sobą wolne i równe wobec prawa jednostki. A ponieważ różnią się one między sobą naturalnymi zdolnościami i pracowitością, osiągają w wyniku tej rywalizacji różne rezultaty. Ale o co jednostki rywalizują?

Zwykło się sądzić, że o dostęp do „ograniczonych zasobów”. To sugeruje, że gdy jedni mają większy dostęp do tych ograniczonych zasobów, to inni mają mniejszy albo nie mają go w ogóle. Tymczasem jednostki nie rywalizują o dostęp do dóbr, tylko o dostęp do konsumentów ze swoimi dobrami i usługami. Narzędziami tej rywalizacji jest jakość i cena! Gospodarka nie jest bowiem grą o sumie zero. Czy Larry Page i Sergey Brina z Google’a, tworząc swoją metodę analizy powiązań hipertekstowych i algorytm PageRank, coś komuś zabrali?

Która z kapitalistycznych, wolnorynkowych i liberalnych zasad spowodowała upadek banków inwestycyjnych? Który z liberałów wymyślił derywaty? Który z liberałów wymyślił w ogóle pieniądz papierowy (fiducjarny)?

Chciwość i wolność

Wmawia się nam, że to sama liberalna idea wolności, która była podstawą rozwoju gospodarki wolnorynkowej i kapitalizmu, doprowadziła do tego, że banki robiły, co chciały, bo nie były kontrolowane. To rzekomo ta niczym nieograniczona wolność zrodziła słynne hasło maklerów z Wall Street: „greed is good” („chciwość jest dobra”).

Liberalna idea wolności nie oznacza, że każdy może robić, co chce. Granicą mojej wolności są prawa innych. Jak powiada stare amerykańskie powiedzenie, „twoja wolność machania rękami kończy się przed moim nosem”! I podobnie jest z chciwością. Tylko „chciwość” sprawia, że przedsiębiorcy, który ma 10 milionów dolarów na koncie, chce się rano wstać z łóżka i iść do roboty, żeby zarobić kolejne miliony.

A jego zdolność do ich zarobienia – i tym samym przyczynienia się do wzrostu gospodarczego – jest raczej większa niż tych wszystkich, których zatrudnia on na umowę o pracę w swoim przedsiębiorstwie. I w tym znaczeniu jego chciwość jest dobra. Ale istnieją jej granice – tak samo jak w przypadku wolności. Kończy się ona przed cudzą kieszenią.

Liberalizm i kapitalizm były budowane na etyce judeo-chrześcijańskiej. Poglądy ekonomiczne Adama Smitha były pochodną głoszonej przez niego filozofii wyrażonej w „Teorii uczuć moralnych”. Dopiero w świetle rozważań dotyczących motywów działania ludzkiego staje się jasne przesłanie, że „każdy człowiek czyni stale wysiłki, by znaleźć najbardziej korzystne zastosowanie dla kapitału, jakim może rozporządzać. Ma oczywiście na widoku własną korzyść, a nie korzyść społeczeństwa. Ale poszukiwanie własnej korzyści wiedzie go w sposób naturalny, a nawet nieuchronny do tego, by wybrał takie zastosowanie, jakie jest najkorzystniejsze dla społeczeństwa (…) Mając na celu własny interes, człowiek często popiera interesy społeczeństwa skuteczniej niż wtedy, gdy zamierza służyć im rzeczywiście (…) Choć każdy człowiek, gdy kieruje wytwórczością tak, aby jej produkt posiadał możliwie najwyższą wartość, myśli tylko o własnym zarobku, a jednak w tym, jak i w wielu innych przypadkach, jakaś niewidzialna ręka kieruje nim tak, aby zdążał do celu, którego wcale nie zamierzał osiągnąć”.

Główną kategorią, wokół której koncentrują się etyczne rozważania Smitha, jest zaczerpnięte od Dawida Hume’a i Thomasa Hutchesona pojęcie „sympatia”, którą Smith uznaje za czynnik sprawiający, że „człowiek interesuje się losem innych ludzi i że potrzebne mu jest ich szczęście choćby tylko po to, by zyskać przyjemność, jaką daje fakt, że jest się jego świadkiem”. Jakąż to sympatią do emerytów kierowali się przedstawiciele rynków finansowych, zachęcając ich do kupowania świadectw udziałowych w funduszach inwestujących w papiery amerykańskich banków hipotecznych?

Kryzys czy rezultat?

Wmawia się nam, że jest to kryzys na miarę tego z lat 30. XX wieku. Oświadczył to w wywiadzie dla agencji prasowej Ansa sam Alessandro Profumo, prezes UniCredit, który przeżywa poważne kłopoty finansowe i też pewnie liczy na zrzutkę ze strony podatników. A jakież jest podobieństwo?

Nie ma żadnego. Kryzys realnego kapitalizmu to kryzys nadprodukcji. Przedsiębiorcy podejmują błędne decyzje o alokacji kapitału i w efekcie dochodzi do nadprodukcji. Zdaniem Marksa (nieco upraszczając) skazuje to świat kapitalistyczny na zagładę. Chciwi kapitaliści produkują jak najwięcej, żeby jak najwięcej zarobić. Ale robotnikom płacą mało. Całą tak zwaną wartość dodaną zawłaszczają dla siebie.

Robotnicy nie mają więc za co kupować towarów wyprodukowanych przez kapitalistów, którzy sami wpadają w sidła swej chciwości – nie mogą znaleźć zbytu na wyprodukowane towary i bankrutują. Ale najbardziej cierpią na tym nie oni sami, tylko robotnicy: tracą miejsca pracy i nie mają środków na utrzymanie. Zdaniem Marksa jedynym sposobem na rozwiązanie tego konfliktu jest przejęcie władzy i własności środków produkcji przez proletariat. Oczywiście w drodze rewolucji, bo kapitaliści będą się bronić. Pojawił się jednak Apostoł z Cambridge (tak się nazywało stowarzyszenie studenckie, do którego należał) i, jak na apostoła przystało, zaproponował kapitalistom zbawienie.

Nie muszą oddawać władzy klasie robotniczej. Wystarczy, że oddadzą jemu i jego uczniom władzę nad pieniądzem. Nazywał się Keynes. Co do zasady zgadzał się Marksem. Miał tylko inne lekarstwo: trzeba umiejętnie manipulować globalnym popytem – nawet kosztem bieżącej inflacji i przyszłych pokoleń (przerzucając na nie koszt bieżącej konsumpcji).

Wszystko można bowiem wyprodukować, pod warunkiem że ktoś to kupi. Uniknie się w ten sposób charakterystycznego dla kapitalizmu kryzysu. Obaj panowie „z pewną taką nieśmiałością” podchodzili – jak w pierwszej reklamie Always Kasia Niekrasz do podpasek – do sfery produkcyjnej, przyjmując ją za „daną”. Co najwyżej była ona „nadmierna” – stąd kryzysy nadprodukcji. U Marksa najważniejsze było to, kto zawłaszczy wartość dodatkową z tej produkcji, a dla Keynesa – jak ją jednak sprzedać, manipulując „zagregowanym popytem” za pomocą pieniądza!

Jeśli to nie liberalna idea wolności i chciwości doprowadziła do krachu rynki finansowe, to co? Richard Veawer napisał kiedyś książkę „Idee mają konsekwencje”. A Thomas Buckley stwierdził, że „wojny nie przyniosły takich zniszczeń światu jak błędne poglądy na ekonomię”. Otóż krach na rynkach finansowych to konsekwencja idei ekonomicznych opartych na paradygmacie zorientowanym na popyt (demand-side paradigm).

Jak czytamy w podręcznikach, Keynesowi udało się „obalić” prawo Jeana-Baptiste’a Saya, według którego popyt jest elementem wtórnym, zarówno chronologicznie, jak i merytorycznie, będąc niczym więcej jak efektem zaistnienia podaży. Co prawda, żeby móc prawo Saya obalić, Keynes najpierw musiał je nieco zmodyfikować. „Zmajstrował kukłę, którą łatwo mógł znokautować” – pisze Nelson Hultberg. Efektem tego nokautu była… nacjonalizacja zasobów złota w Stanach Zjednoczonych, przeprowadzona przez amerykański rząd w 1933 roku.

Tak! NACJONALIZACJA! Czy nacjonalizacja ma cokolwiek wspólnego z kapitalizmem, wolnym rynkiem i liberalizmem? Zamiast złota ludzie otrzymali… papierki z portretami prezydentów Stanów Zjednoczonych. Ale przynajmniej przez jakiś czas widniał na nich napis: „wymienialny na złoto”. Od 1971 roku już nie jest wymienialny na złoto – jest na nim napisane, że stanowi „legalny środek płatniczy”. Nie wiadomo tylko, ile tych „legalnych środków płatniczych” zostało wydrukowanych.

Co się naprawdę dzieje?

Domy w Ameryce wcale nie potaniały w klasycznym, liberalnym, znaczeniu pojęcia „wartość”. Ich wartość użytkowa jest ciągle taka sama. A gdyby nie pieniądz fiducjarny, ich wartość wymienna też by teraz gwałtownie nie spadła – z tej prostej przyczyny, że wcześniej by tak bardzo się nie podniosła! Ceny nieruchomości rosły wyłącznie na skutek manipulowania popytem na nie.

Popyt jest w swojej istocie psychologiczną reakcją na produkowane dobra i usługi. Nie istnieje popyt na dobra nieznane

Kto z nas pożyczyłby bezdomnemu i bezrobotnemu sąsiadowi jakieś pieniądze? Chyba że w chrześcijańskim odruchu pomocy bliźniemu i raczej w przekonaniu, że jest to bardziej darowizna niż pożyczka. A banki hipoteczne – pożyczały. Pod warunkiem, że kupił on dom! Wcale nie dlatego, żeby mieć „zabezpieczenie hipoteczne” jako gwarancję spłaty tego konkretnego domu. I wcale nie z miłosierdzia.

Dzięki zobowiązaniu bezdomnego i bezrobotnego Murzyna z Alabamy do spłaty kredytu banki miały rosnące zyski. Bo podpis kredytobiorcy pod zobowiązaniem do zapłaty odsetek stanowi „aktywo” banku. Na tej podstawie może on udzielać kolejnych kredytów przeznaczanych na zakup kolejnych nieruchomości, których cena w związku z klasycznym prawem podaży i popytu musiała rosnąć. Kłopot tylko w tym, że popyt Murzyna z Alabamy nie miał odpowiednika w sile jego podaży. Bo przecież prawo Saya zostało „obalone”.

Ludzie nie spłacają kredytów nie dlatego, że ich domy potaniały, ale dlatego, że pieniądz podrożał – stopy procentowe wzrosły. Żyli jednak w nadziei, że jeśli nie będą mogli spłacać zaciągniętych przez siebie kredytów, zdecydowanie przekraczających wartość ich własnej podaży, to „najwyżej” sprzedadzą domy, które kupowali, mimo że ich nie potrzebowali, bo gdyby ich potrzebowali, to nie przyjmowaliby założenia, że „najwyżej” je sprzedadzą.

Nowy paradygmat

Może więc czas na zmianę paradygmatu i przyjrzenie się zasadom ekonomii podażowej (supply-side economics). Popyt jest w swojej istocie psychologiczną reakcją na produkowane dobra i usługi. Nie istnieje popyt na dobra nieznane. Dlatego błędem jest reifikowanie popytu przez przedstawianie subiektywnych impulsów konsumentów jako realnych sum i wielkości.

Jak twierdzi George Gilder, „kapitalizm zaczyna się od dawania”. Wymiana, określana zaczerpniętym z języka plemiennego słowem „potlacz”, stanowi uniwersalny składnik kultury, na którym zbudowana jest kapitalistyczna zasada gospodarki. Istota systemu polega na dostarczeniu najpierw i otrzymaniu potem.

„W gospodarce kapitalistycznej każdy robotnik i biznesmen dokładnie wie, że jego siła nabywcza składa się z jego siły podażowej. Idzie do sklepu i kupuje tę książkę, w gruncie rzeczy nie za pieniądze, a za pracę przeobrażoną w pieniądz (…) Daj, a będzie ci dane. Oto tajemnica nie tylko bogactwa, ale i wzrostu” – pisze Gilder. Podkreśla on naturę bogactwa składającego się z aktywów stanowiących dopiero zapowiedź przyszłego strumienia dochodu.

Potok pieniędzy z ropy nie staje się sam z siebie trwałym źródłem przychodów narodu. 400 lat temu Hiszpania, zalewana powodzią kruszców z kopalń w swoich koloniach, była tak zamożna, jak dzisiaj jest Arabia Saudyjska. Nie udało jej się jednak osiągnąć prawdziwego bogactwa i wkrótce popadła w stagnację, podczas gdy w pozornie biedniejszych częściach Europy przemysł święcił triumfy.

Prawdziwym bogactwem nie jest bowiem skutek, z którym zetknęły się kraje zasobne w surowce, lecz przyczyna ujawniająca się od stuleci, na przykład na dosyć jałowych wyspach w rodzaju Wielkiej Brytanii czy Japonii. Bogactwo jest w większym stopniu produktem umysłu niż pieniędzy. „Najlepsze, najbardziej władcze, najbardziej oryginalne i najbardziej giętkie umysły stanowią najtrwalsze złoto”.

Czy uratuje nas urzędnik?

Na zajęciach z mikroekonomii studenci poznają jeszcze takie pojęcia, jak „popyt” i „podaż”. Czasem nawet analizują różne krzywe ich przebiegu. Ale potem idą na zajęcia z makroekonomii i tam takich banałów już ich nie uczą! Dowiadują się natomiast, co to jest popyt zagregowany albo szybkość cyrkulacji.

Najlepsi z nich nie mają ochoty zajmować się produkcją kartofli, tylko chcą pracować w bankowości inwestycyjnej lub doradzać rządowi. I często zamieniają się rolami. Dlatego urzędnicy państwowi doskonale się rozumieją z „rynkami finansowymi” – bo to także urzędnicy, tyle że korporacyjni. Różnica między nimi polega na tym, że pierwsi zarządzają pieniędzmi podatników, a drudzy akcjonariuszy.

Podobieństw zaś jest o wiele więcej. Po pierwsze i ci, i ci zarządzają nie swoimi pieniędzmi. Po drugie akcjonariusze są dziś tak samo anonimowi jak podatnicy. Po trzecie wywalenie urzędnika korporacyjnego jest dziś dla akcjonariusza tak samo trudne, jak dla podatnika wywalenie urzędnika państwowego. Trzeba zdobywać większość, zawiązywać koalicje i sporo się natrudzić.

Więc urzędnicy korporacyjni zajmują się tym samym co urzędnicy państwowi: robieniem wody z mózgu podatnikom-wyborcom i podatnikom-akcjonariuszom. Instrumenty są tylko inne. Urzędnik państwowy po pieniądze podatnika może wysłać policjanta. A urzędnik korporacyjny musi się bardziej napocić, żeby akcjonariusze sami mu je przynieśli.

Ale gdy już nie ma pomysłu, w jaki sposób przekonać akcjonariuszy, idzie się do kolegów urzędników państwowych i prosi, żeby wysłali do podatników policjantów albo przynajmniej zadrukowali trochę papieru napisem „legalny środek płatniczy”.

Robert Gwiazdowski
Autor jest prawnikiem i ekonomistą, przedsiębiorcą
i ekspertem Centrum im. Adama Smitha

Źródło: Rzeczpospolita, 10.10.2008