Instytut Ronalda Reagana
Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego

Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego

dodano: 21.11.2006

Państwowe instytucje to naczynia połączone i negatywna działalność jednej z nich może zaszkodzić wizerunkowi wszystkich pozostałych.

Niejednokrotnie dawałem wyraz przekonaniu, że prawo państwowe to organizm, który należy postrzegać jako całość, naczynia połączone. Żadna ustawa czy też gałąź prawa, np. prawo zamówień publicznych, nie istnieje w próżni ani sama dla siebie. Dlatego ingerencja w jednej dziedzinie niesie za sobą skutki w innej – często niespodziewane, a jeszcze częściej niewyobrażalne. Analizując więc przyczyny wadliwego działania instytucji czy procedur uregulowanych w jednej ustawie należy sięgać szerzej i pamiętać również o innych regulacjach. Zasada ta dotyczy przywoływanych poprzednio skuteczności egzekucji należytego wykonania umów o udzielenie zamówienia publicznego czy budowy autostrad.

Bardzo podobne zjawisko występuje w administracji publicznej, która na zewnątrz jest najczęściej postrzegana jako jedna całość – bez wnikania w organizacyjną hierarchię, kompetencje, wzajemne relacje itp. – i nazywana po prostu “państwem”. Nie ma znaczenia czy dany urząd lub jednostka organizacyjna zajmuje się poborem podatków, powszechną służbą wojskową, kontrolą pracodawców, upowszechnianiem tolerancji czy budową autostrad, bo tak czy inaczej reprezentuje państwo. Każde więc potknięcie, każde bulwersujące działanie jednej osoby czy instytucji wpływa negatywnie na wizerunek wszystkich pozostałych, innymi słowy – podważa autorytet państwa, i to bez względu na to, że wszyscy pozostali, spisują się na medal. Jak mawiała moja nauczyciela matematyki: “Umiesz, to dobrze, tak powinno być. Nie umiesz, to trzeba to odnotować. Jedynka”.

Pozwoliłem sobie na te uwagi, bo w ostatnim, politycznie gorącym okresie, miały miejsce dwa zdarzenia, które sprawiły, że zawrzała we mnie obywatelska krew i fakt ten przysłonił wszystko pozostałe. Prawie równocześnie media doniosły o ostatnim już akordzie dramatu przedsiębiorcy, piekarza z Legnicy, który dopuścił się rzeczy “karygodnej”: nie odprowadził 150 tys. zł podatku VAT od pieczywa przekazanego na cele dobroczynne. Sprawa została jednak rychło wykryta przez służby skarbowe, piekarnia w rezultacie wszczętych kontroli zlikwidowana, a do przedsiębiorcy udał się komornik. W efekcie przybyło kilku nowych bezrobotnych, a w miejscowych punktach pomocy brakuje pieczywa oraz ubyło darczyńców.

Drugie zdarzenie przyćmiło nawet pierwsze i przez kilka dni nie schodziło z pierwszych stron gazet. Chodzi oczywiście o słynną już aferę wekslową. I mimo że konstytucjonaliści oraz publicyści zastanawiali się, czy są one skuteczne, czy nie ograniczają mandatu parlamentarzysty, czy nie naruszają reguł prowadzenia kampanii wyborczej, to – zupełnie inaczej niż w pierwszym przypadku – nikt, absolutnie nikt nie zatroszczył się o państwową kasę. Wszak weksle, opiewające na 552 tys. zł każdy, zostały podpisane w zamian za prawo korzystania z organizacyjnego znaczka. Właściciel znaczka wykonał więc usługę, od której należy się Skarbowi Państwa podatek VAT w wysokości 22%. I choć w tej sytuacji chodzi o niebagatelną kwotę rzędu 70 mln zł, to zainteresowania ze strony służb skarbowych nie sposób uświadczyć, mimo że podatek jest jak najbardziej należny już od chwili wykonania usługi. Na co można przeznaczyć taką kwotę, a tym bardziej, co by się działo w przypadku wykrycia jakichkolwiek zaniedbań prowadzących do takiego marnotrawstwa – praktykom zamówień publicznych tłumaczyć nie trzeba.

Niestety takie działania bądź zaniechania znacząco podważają zaufanie do państwa. Jak wspomniałem, we mnie krew się zagotowała. Bo została naruszona zasada równości wobec prawa oraz zasada słuszności, państwo wykazało się brutalną siłą względem jednego człowieka, a uległo naciskom politycznym. I nie dziwię się tym, którzy w takiej chwili każdego funkcjonariusza publicznego zaliczają do zbiorczej i wrogiej wręcz kategorii “oni”, stosując zarazem zasadę odpowiedzialności zbiorowej: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Wizerunek Bogu ducha winnych jednostek odpowiedzialnych za zamówienia publiczne też na tym cierpi.

Marcin Bonicki
“Przetargi Publiczne” nr 11 [12], listopad 2006