Instytut Ronalda Reagana
Jak marksistowskie związki zabierają Polakom pracę

dodano: 08.08.2013

Budujący naszą cywilizację Grecy określali niegdyś mianem “polityki” działania prowadzone zgodnie z zasadami sztuki dla dobra ogółu, ale w chwili obecnej powszechniej akcentuje się agresywne podejście Marksa, wg którego tę robotę znamionuje chęć zdobycia władzy, bądź też uzyskania w niej decyzyjnego udziału – skutecznie, czyli wszelkim dostępnym sposobem.

Nie może być jednak inaczej, jako że ta z założenia zacna dziedzina ludzkiego życia zakłamywaniem znaczenia słów oraz deklarowanych celów przeważnie stoi, a w polityczne rejony udają się niemal wszyscy nie do solidnej orki na narodowym ugorze, ale po konfitury, które udało się zebrać na drodze przymusowych danin… Nadziani, by łup zabezpieczyć lub dać upust próżności. Goli, by się nachapać i podreperować ego.

Kiedy zatem spojrzymy na polskie życie publiczne, to ze zdumienia możemy przecierać oczy, jak zainstalowany nam w 1944 roku “polityczny” system, mimo procesów transformacji i konwergencji, nadal ogarnia nieomal wszelkie dziedziny społecznej, gospodarczej, a nawet indywidualnej aktywności obywatela.

Rozmaite są zatem “polityki”, rozmaite dobra, rozmaita władza te dobra opatrująca.

I tak “związki zawodowe”, nazywane niegdyś “prawą ręką robotniczej partii”, niezmiennie realizują się właśnie w “polityce” zatrudnienia i płac, kombinując przy “prawie pracy” oraz nawołując do realizacji “sprawiedliwości społecznej” na drodze fiskalnej.

Zgodnie z licencją Lenina (zawsze “kto – kogo”), działają przy tym usilnie na rzecz maksymalnego skonfliktowania podmiotów aktywnych w sferze wytwarzania dóbr, gdzie brużdżą nawet za cenę rzeczywistego zabrania źródeł dochodu tysiącom polskich rodzin.

W warunkach ostrego kryzysu słyszymy zatem żądania, a to “likwidacji umów śmieciowych”, a to “podniesienia płacy minimalnej”, a to “skrócenia czasu pracy”, czy wreszcie wprowadzenia wyższych lub nowych podatków dla zbyt aktywnych i w ich ocenie nieprzyzwoicie dobrze zarabiających. Wszystko to w zgodzie z zasadą, że pracy nie trzeba mnożyć, pracą trzeba się dzielić i tak samo obchodzić się należy z każdym wypracowanym już dobrem.

Ledwie dyszące od złodziejskich danin polskie firmy mają być zatem dobite, bo tzw. umowy śmieciowe nie dają pola do popisu nienawistnym obrońcom “praw ludzi pracy”, którzy miast budujących nauk Smitha, Misesa, Friedmana, czy wreszcie ostrzeżeń Laffera proponują sprawiedliwy dobrobyt kreowany teoriami “wyzysku” i “walki klas” Karola Marksa.

Do wspomnianych umów śmieciowych zaliczane są zatem umowy: zlecenia, o dzieło, samo zatrudnienia i te zawarte o prace na czas określony. Zabiegi te pomagają obniżyć klin podatkowy oraz uniknąć kłopotów z inspekcją pracy, ale przede wszystkim podnoszą konkurencyjność firm poprzez obniżenie kosztów pracy, racjonalne zwiększenie elastyczności zatrudnienia, obniżenie kosztów zwolnienia zbędnego pracownika, czy uniknięcia bezsensownych dopłat za nadgodziny, czy przedłużony czas pracy. Wszystkim osobom normalnie dzielnym życiowo, a zatem chcącym zarobić, nie zaś wyłudzić zakłamaną stabilizację, te formy odpowiadają.

Skala zjawiska w Polsce jest szacowana nawet na kilkadziesiąt procent, co sprawia, że łącznie z zatrudnionymi “na czarno” tysiące rodzin zawdzięczają swe utrzymanie nie marksistowskiej trosce, a zdrowej zdolności ludzi do zawierania rynkowo implikowanych umów.

Realizacja normalnych umów cywilnych, które jeszcze przed wojną wyłącznie regulowały stosunki w sferze pracy (dzisiaj masakrowanej przez “prawo pracy”) wymaga jedynie dobrego ustawodawcy i sprawnego działania wymiaru sprawiedliwości. Cóż jednak robić, kiedy te właśnie czynniki – złe prawo oraz sądowy koszmar – stanowią w Polsce obok nadmiernych kosztów pracy główny hamulec rozwoju przedsiębiorczości.

Na nic się zdaje przypominanie, że prawdziwymi “ludźmi pracy” są zarówno pracę biorący, jak i dający. Na nic idące w setki przykłady, że w normalnie działającej firmie interes stron jest ewidentnie wspólny, jako że jadąc na jednym wózku, wszyscy mogą się znaleźć z odpowiednimi długami na bruku wręcz solidarnie.

Uparte preferowanie ideologii konfliktu staje się zrozumiałe dopiero wtedy, kiedy spojrzymy na pensje pobierane przez przywódców tzw. organizacji związkowych.

Te apanaże wielokrotnie przewyższają “średnią krajową” i nie o pracę dla “robotniczych” frajerów tu chodzi, ale o utrzymanie własnego politycznego rynku, który trwa dotąd, dopóki można bezkarnie jątrzyć, żerując na ludzkiej zawiści, czy wręcz głupocie.

Związki nie są w tej sytuacji zainteresowane rzeczywistym rozwojem gospodarczym, dostatkiem polskich rodzin, czy wreszcie pokojem społecznym, zatem notorycznie terroryzują obywateli strajkiem i “paraliżem kraju”, domagając się negocjacji z rządem, które później z lubością zrywają.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że licencjodawca związkowych pasożytów – Karol Marks pochodził z bogatej rodziny rabinów, a sam będąc synem wziętego adwokata mógł zająć się jakimś przyzwoitym i pożytecznym zajęciem. Jego ojciec Henryk (Herszel) fascynował się ideologią Oświecenia, a w szczególności wyrażał swój podziw dla filozofii Voltaire’a i Rousseau. Pomimo asymilacji skutkującej m.in. przejściem na protestantyzm zachował też pewne kulturalne ambicje hebrajskie. Karol miast wykonywać przynajmniej jakiś normalny zawód, wolał się jednak szwendać po Europie, by nawoływać do waśni, czym wpędził swoją liczną rodzinę w długotrwałą i druzgoczącą w efekcie biedę, w czasie której kilkoro z jego dzieci zmarło. Z bliskimi, którzy jeszcze zostali przy życiu, przeszedł w końcu na stałe utrzymanie Fryderyka Engelsa, syna właściciela fabryk włókienniczych w Barmen i Manchesterze. Rodzinny majątek zapewniał Fryderykowi dopływ solidnej gotówki, pożytkowanej m.in. na rewolucyjne fanaberie i dotowanie pasożytujących przyjaciół.

Współczesne socjalistyczne państwo by łupić wszystkich pospołu, a swego nie musieć porządnie zrobić, chętnie do mętnej wody wpuszcza rozmaite czerwone szuje, czyniąc z nich “wrażliwy społecznie” element zakłamanej, pseudo demokratycznej hucpy…

Marksistowskie, bo “klasowo orientowane” związki zagnieździły się w ten sposób obowiązkowo także po stronie przedsiębiorców. Jakież zdziwienie musi budzić niejedno “stanowisko” tzw. związków pracodawców, które jako “środowiskowa” atrapa z interesami rzetelnego przedsiębiorcy tak na prawdę niewiele mają wspólnego i, mimo pseudo liberalnych frazesów, na koniec okazują się być ściśle związane z degradującym pracę systemem socjalistycznym.

Otóż powodowane troską o “zwiększenie konkurencyjności” polskich firm oraz zapobieżenie uszczerbkom w narodowym budżecie, twory te proponują na przykład uszczelnienie systemu podatkowego i kategoryczne działania w kierunku zwiększenia wpływów od ludzi tworzących realne dobra – do niemiłosiernie rozkradanej przez biurokrację czerwonej dziury bez dna.

Wymowa całości musi co nieco przypomnieć przymusowe i bez wyjątku inwigilowane cechy rzemiosł rozmaitych w matczynej PRL, co powoduje, że związki te komplementarnie nadają się do aranżowania kolejnych “społecznych konsultacji”, a przedłożone im “konieczne regulacje” opiniowane są najczęściej z naciskiem na “wydłużenie okresu ich wprowadzania” lub “czasowe odstąpienie od wymierzania kar”.

Tak było w przypadku zabójczo nagłych zmian w przepisach regulujących transport drogowy, przy wprowadzaniu nonsensownych, a obowiązkowych szkoleń i wyposażeń firm, czy wreszcie ekologicznych szykanach na wielką skalę, niby to idących za “unijnym wymogiem”.

Całość biurokratycznej troski o pracujących uzupełniają pogrobowcy peerelowskich cechów i izb, wprawnie dbający o etos zawodu oraz jakość świadczonych usług przez forsowanie prawnie stanowionego przymusu rozmaitych płatnych “certyfikatów”.

Polskie prawo jest dzisiaj tak złe, że gdyby bezmyślnie ustanowione przepisy (przy notorycznym braku wystarczającej informacji) chcieli powszechnie realizować urzędnicy (do czego nb. są zobowiązani), to tylko nieliczne firmy wyszłyby z rzezi niewiniątek cało i dalej płaciły podatki na dryfującą unijnie III RP.

Należy przy tym przypomnieć, że polskie firmy mikro, małe i średnie stanowiące 99,8% wszystkich działających podmiotów, wytwarzają już dzisiaj ok. 2/3 naszego PKB, zatrudniając podobny odsetek pracujących, lecz równolegle “redukowany” biurokratyczny soliter wydłużył im się w III RP aż trzykrotnie. Przykładowo, tylko w okresie od czerwca 2010 r. do lutego 2011 r. zatrudnienie w administracji publicznej wzrosło o 30%.

Cierpiące na gigantomanię, luksusomanię i korupcję monstrum zabiera, by mieć w swej gestii, ponad połowę rocznego urobku każdego pracującego Polaka. Oznacza to, że potwornie drogi moloch sam bez kontroli się mnoży, sam za wyniki nagradza i konsekwentnie toleruje powszechny chaos.

Reasumując na nic się zdadzą pomysły i deklaracje czynienia z kraju nad Wisłą drugiej Japonii, czy nieco bliższej Irlandii, kiedy faktyczny marksista ugania się tak za biznesmenem “krwiopijcą”, jak i fryzjerem, co ma “niebezpieczny zawód”, czy też juhasem, co bez koniecznego certyfikatu na mądry wypas ponoć może zagłodzić swoje owieczki.

Kto tylko doświadczył biurokratycznych dobrodziejstw na własnej skórze, ten wie, jak sprawne jest socjalistyczne państwo poza systemem fiskalnym, jakie to dobrodziejstwa kupił sobie za wieloletnie daniny w przymusie emerytalnym, jak czule go odprowadzi na cmentarz wiadomy Fundusz.

Zawodowi oszuści nigdy nie szanują notorycznie naciąganych frajerów, zatem w socjalizmie “człowiek pracy” jest najważniejszy, lecz mimo, że tworzy wszystkie realne wartości, a konstytucyjnie bywa nawet źródłem władzy, to w mniemaniu marksistowskich polityków wszelkiej maści jest głupi, jak przysłowiowy but.

Jan Szczepankiewicz
Autor jest przedsiębiorcą, Prezesem Krajowego Forum Przedsiębiorczości