Instytut Ronalda Reagana
Historia mistrzynią życia

Historia mistrzynią życia

dodano: 21.01.2007

Dziś władza publiczna publiczna sama ustala zasady gry i wykonuje szereg usług, stąd ciągłe zmiany prawa zamówień publicznych. Dawniej było inaczej. I wcale nie gorzej.

Prawo zamówień publicznych to stosunkowo nowa gałąź prawa. Tradycją nie może się równać ani z prawem cywilnym, ani nawet z prawem karnym. Z przyczyn, jak sądzę, dość oczywistych. Mniej więcej do końca średniowiecza nie wyodrębniano wydatków państwowych od skarbu królewskiego. W Polsce zmieniło się to dopiero od chwili wprowadzenia wojsk zaciężnych, opłacanych z nakładanych w tym celu podatków. W 1507 roku sejm postanowił, że fundusze zebrane na wojsko mają być przechowywane oddzielnie od skarbu królewskiego i nie mogą być przeznaczane np. na zaspokajanie potrzeb dworu. Gdy zatem król Kazimierz Wielki w XIV w. budował zamki i mury obronne, drogi i mosty, czynił to jedynie wedle swego najlepszego rozeznania, bez oglądania się na procedury i kontrolerów. Bo z prawnego punktu widzenia wydawał na to własne pieniądze.

Jednak i po rozdzieleniu skarbu królewskiego i państwowego przez długie wieki problematyka zwana obecnie zamówieniami publicznymi nie miała właściwego podłoża do zaistnienia. Władza, w porównaniu ze stanem obecnym, opierała się na niewielkiej, choć z upływem lat rosnącej, administracji. Do tego nie zajmowała się tymi sprawami, które mieszkańcy z powodzeniem realizowali własnymi siłami. Dziś często wydaje się to nie do pomyślenia. Mamy wręcz do czynienia z sytuacją odwrotną, tzn. wielu osobom nie mieści się w głowie, że obywatele mogą za wiele spraw przejąć bezpośrednią odpowiedzialność, zdejmując ten ciężar z barków państwa.

Czy wyobrażacie sobie Państwo na przykład prywatną komunikację miejską? Przez ostatnie szesnaście lat w wielu miejscowościach prywatni przewoźnicy walczyli nie tyle o równie traktowanie z publicznymi zakładami komunikacyjnymi, ale wręcz o prawo do istnienia. Szczytem możliwości wydaje się dziś zlecanie obsługi niektórych linii autobusowych niepublicznym przewoźnikom. O całkowitym wycofaniu samorządów z tej działalności trudno nawet marzyć. Dziewięć na dziesięć osób zapytanych o ocenę takiego rozwiązania zaczęłoby odczuwać niepokój, wyobrażając sobie, że jak państwo przestanie się czymś zajmować, to już nikt nie będzie o tym pamiętał.

Spójrzmy więc jak to się działo kiedyś. Jak informowała „Gazeta Warszawska” 15 czerwca 1867 roku: „Znajdujące się w Warszawie omnibusy prawie wszystkie kursują po jednej linii […], przez co stają się nieraz przyczyną zatamowania swobodnego ruchu powozów, gdy tymczasem na innych ulicach publiczność jest zupełnie tej posługi pozbawioną. Dla uregulowania biegu omnibusów, z zapewnieniem porządku publicznego i dogodności ogółu, przy względzie oraz na to, aby właściciele omnibusów w równej mierze mogli korzystać ze swego procederu, postanowionem zostało co następuje: wzdłuż miasta oznaczają się trzy główne linie […]. Wszystkie omnibusy, kursujące obecnie w tych kierunkach podzielone są na cztery sekcye i będą zmieniać kursa co miesiąc […]. Nikt się więc na przeciążenie uskarżać nie będzie miał zasady. Na wszystkich trzech liniach każdy omnibus, za zezwoleniem władzy policyjnej, może obierać sobie punkt wyjścia i metę, podług własnego życzenia. Omnibusy kursujące obecnie w innych kierunkach, jako to na ulicę Chłodną i na Pragę, pozostają w swojem miejscu, wszyscy zaś życzący kursować po ulicach dotąd nieobsłużonych, pozwolenie na to otrzymują”.

Władza miejska nie zajmowała się więc zakupem i utrzymaniem omnibusów, nie wydawała na ten cel ani grosza. Wszystkim zajęli się prywatni właściciele, a władza ani im nie przeszkadzała, ani z nimi nie konkurowała. Wkroczyła jedynie wówczas, gdy ochrony wymagał porządek publiczny. Ustalono jedynie jasne reguły, do czego – jak widać – nie było konieczne utworzenie Miejskich Zakładów Omnibusowych.

Przytoczony przykład tłumaczy, dlaczego jeszcze i w XIX w. zamówienia publiczne były dopiero melodią przyszłości. Dziś władza publiczna nie tylko ustala reguły, ale i sama wykonuje szereg usług, do czego nieodzowne jest nieustannie poprawiane prawo zamówień publicznych. Gdybym mógł jednak wybierać to wolę szukać pomysłów w naszej historii niż w zagranicznych systemach zamówień publicznych.

Marcin Bonicki
“Przetargi Publiczne” nr 1 [14], styczeń 2007