Instytut Ronalda Reagana
Gorące ostatnie akordy Zimnej Wojny

Gorące ostatnie akordy Zimnej Wojny

dodano: 22.09.2011

„Moi drodzy Amerykanie, cieszę się że mogę wam oznajmić podpisanie dzisiaj prawa zakazującego istnienia Związku Sowieckiego. Pięć minut temu wydałem rozkaz zbombardowania ZSRR.”

„You can run, but you can’t hide.”

Oba powyższe cytaty łączy osoba ich autora: oba wypowiedział Ronald Reagan. Pierwszy jest żartem, wypowiedzianym podczas próby mikrofonu, który pechowo okazał się być włączonym. Drugi żartem wcale nie jest. Słowa te padły 11 października 1985 roku podczas konferencji prasowej. Ich adresatem byli członkowie grup terrorystycznych, które stały za kolejnymi z wielu ataków na osoby z amerykańskimi paszportami. Rzadko się pamięta, że terroryzm wcale nie jest wynalazkiem lat 90’. Sam terroryzm powstał już w XIX wieku, jako oręż anarchistów rosyjskich, zaś terroryzm międzynarodowy w późnych latach 60’. Od momentu narodzin podlegał ciągłej eskalacji aż do czarnego roku 1980. Wtedy to na świecie doliczono się 709 ataków terrorystycznych, z czego celami 1/3 byli Amerykanie, porwano 900 amerykańskich biznesmenów, zabito 5 ambasadorów USA. ZSRS, powszechnie uważany za znajdujący się u szczytu swej potęgi, wspierał tysiące ruchów ”narodowowyzwoleńczych” na całym świecie, administracja Cartera ograniczała się do stosowania polityki detenté, jedynie afgańscy mudżahedini i Żelazna Pani Premier psuli trochę różową (a właściwie intensywnie czerwoną) wizję Kremla. Trudno było uznać sytuację za wesołą. 20 stycznia 1981 roku czterdziestym prezydentem USA został dotychczasowy gubernator Kalifornii, bez powodzenia starający się o nominację na kandydata republikanów od 1968. Dopiero w 1980 Partia Republikańska, pomimo sprzeciwów George’a Busha seniora, wystawiła go jako swego kandydata. Uważnym czytelnikom pewnie nie umknął ten fragment, więc potwierdzę: tak, chodzi o tego samego George’a Busha seniora, który w administracji Regana będzie pełnił funkcję wiceprezydenta.

W trakcie kampanii wyborczej Ameryka była pod wrażeniem świeżej, bolesnej plamy na jej honorze: ataku islamskich terrorystów na ambasadę w Teheranie i wzięcia zakładników. Stany Zjednoczone, dotychczas prowadzące w wyścigu zbrojeń i konkursie na najsilniejsze siły zbrojne Ziemi, zostały zdystansowane przez ZSRS prawie o dwie długości. Reagan wygrał w dużej mierze, choć nie tylko, dzięki temu, że obiecywał zrobienie wszystkiego, co tylko będzie możliwe, by z powrotem stać się militarną pierwszą siłą świata. I nie był gołosłowny. Kolejną mało znaną ciekawostką jest to, że to Reagan wprowadził zasadę, wedle której za poczynania terrorystów winę ponosi także państwo które je wspiera, czy to logistycznie, czy finansowo, czy też w jakikolwiek inny sposób. Państwa takie nazywano harbour countries. Pierwszym posunięciem przeprowadzonym jeszcze w 1981 roku było powołanie Interdepartamental Group on Terrorism, której zadaniem było koordynowanie, planowanie i przygotowywanie zaplecza dla wszelkich działań antyterrorystycznych. Dążył także do sformowania międzypaństwowego frontu walki z terroryzmem. Działania Reagana biegły dwutorowo. Z jednej strony były to działania doraźne, zwalczające sam terroryzm. Równolegle dążył też zlikwidowania wylęgarni kolejnych grup, miejsc gdzie mogły się przyczaić, odpocząć, gdzie cieszyły się poparciem. Jednym słowem krajów, w których panował reżim… no, śmielej, śmielej… Brawo! Komunistyczny. A było ich wiele, bardzo wiele.

Wbrew mitowi, jaki usiłowała zbudować komunistyczna (zresztą nie tylko) propaganda, Reagan nie był „kowbojem z rakietami”. Doskonale zdawał sobie sprawę, czym mógłby skończyć się konflikt na skalę globalną i z pewnością nie uśmiechała mu się perspektywa bycia ostatnim prezydentem Stanów Zjednoczonych. Dlatego też zabrał się do sprawy delikatnie, czerpiąc naukę z czynów mistrza wszechświata i wszechczasów w ładowaniu się do cudzych piaskownic: Związku Sowieckiego. I zaczął pomalutku interweniować w kolejnych krajach. Liban, Nikaragua, Granada, Angola, Salwador, Afganistan i Libia – to nazwy. na które natykamy się, czytając o prezydenturze Reagana. Spróbujmy powiedzieć parę słów na temat choćby kilku z tych miejsc.

Chronologicznie zacząć należy od Libanu. Kraj ten od wielu dekad miał bardzo oryginalny system rządów zwany konfesjonalnym, gdzie ustawowo powiedziane było, jakiego wyznania musi być który wysoki urzędnik: prezydent, premier, szef sztabu etc. W sposób zgoła niewytłumaczalny ten system działał, sprawiając, że Liban przed długi czas był (względną) oazą spokoju i ciszy na Bliskim Wschodzie. Aż do wybuchu wojny domowej, kiedy to oaza zamieniła się w przedsionek piekła. Bejrut zaś na wiele lat zagościł w literaturze sensacyjnej jako miejsce, gdzie bohaterowie ćwiczyli swoje umiejętności w eksterminacji swoich bliźnich. Dla Reagana była to dobra okazja, by zainterweniować, przycierał bowiem nosa Hezbollachowi, była jednak jeszcze i druga przyczyna: w Bejrucie prężnie działał Uniwersytet Amerykański, jedna z najstarszych zresztą tego typu instytucji na świecie. Do Libanu wysłano potężną grupę bojową, w której skład wchodziły między innymi: lotniskowce USS John F. Kennedy i USS Independence, okręt desantowy USS Iwo Jima oraz pancernik USS New Jersey. Misja nie zakończyła się zbytnim sukcesem, nie jest to jednak nic dziwnego: w ciągu całej historii jakikolwiek kraj na Bliskim Wschodzie udało się opanować jedynie Aleksandrowi Macedońskiemu, Imperium Osmańskiemu (choć ci mieli ułatwione zadanie) i do pewnego stopnia Brytyjczykom podczas wojny afgańskiej. O niepowodzeniu przesądził ostatecznie jeden z najkrwawszych zamachów w historii, kiedy to 23 października 1983 dwie ciężarówki Mercedes-Benz wyładowane trinitrotoluenem wbiły się w budynki: jedna w koszary francuskiego 1 Spadochronowego Regimentu Szaserów, druga zaś w koszary 2 Dywizji Piechoty Morskiej. Zginęło wtedy 58 francuskich spadochroniarzy, 241 Amerykanów i 6 cywili. Od tego czasu U.S. Army nauczyła się nie wymagać od wartowników przesadnego pacyfizmu (dotychczas żołnierze pilnujący obiektów poza Stanami musieli mieć broń w tzw. pozycji czwartej: z odczepionym magazynkiem i bez naboju w komorze. Tego dnia zanim wartownicy mogli zareagować, żółta ciężarówka już wbijała się w mur budynku).

Kilka tysięcy kilometrów dalej i dwa lata wcześniej, w 1979 roku w Nikaragui wojnę domową wygrały oddziały sandinistów. Nowy, marksistowski reżim zrazu zmierzał do utworzenia szerokiego frontu narodowego, szybko jednak porzucił usiłowania zachowania pozorów demokratyczności. Zaczęły się typowe dla „bananowych” reżimów marksistowskich jatki. Administracja Reagana nie wysłała tam wojsk, by wspomóc walczące z dyktaturą Daniela Ortegi siły tzw. Contras, lecz za pośrednictwem CIA wspomagały je finansowo z terytorium Hondurasu. Na to posunięcie można spojrzeć z dwóch stron: albo oskarżyć Reagana o chęć wyjmowania kasztanów z ognia cudzymi palcami (co było specjalistą Sowietów), lub też przypomnieć sobie, jak koszmarnie dla USA wyglądała wojna w Wietnamie, prowadzona w podobnych warunkach terenowych i klimatycznych. Myślę, że jeszcze przez długie lata próba wysłania armii amerykańskiej do jakiejkolwiek dżungli będzie oznaczała otwarte złamanie kariery szaleńca, który się na to poważy.

Wracając do Nikaragui, należy tutaj przytoczyć fakt dla Reagana akurat niechlubny: aferę Iran-Contras. W krótkich słowach: po walkach w Libanie w rękach Hezbollachu pozostało wciąż kilkunastu zakładników. National Security Council zaproponowała Reaganowi jedną z najdziwniejszych transakcji wszechczasów: za pośrednictwem Izraela USA będzie sprzedawać Iranowi broń. Ten, jak można przypuszczać, z wdzięczności wpłynie na Hezbollach, by wypuścił on zakładników. Na ostatek pieniądze z transakcji, których przecież nie sposób wpuścić do budżetu państwa, zostaną przeznaczone dla Contras. Jak wiadomo, ta nieprawdopodobnie skomplikowana operacja zakończyła się totalnym fiaskiem: za cenę 2200 rakiet przeciwlotniczych (m.in. ultranowoczesnych pocisków typu Stinger) i przeciwpancernych udało się uwolnić niejakiego Davida P. Jacobsona, dyrektora szpitala uniwersyteckiego Uniwersytetu Amerykańskiego. A i jego wypuszczono po kilku miesiącach. A tak na marginesie, jeśliby kto sądził, że działania Reagana w jakikolwiek sposób poprawiły notowania Ameryki na Bliskim Wschodzie, to może już tak nie sądzić. Właśnie wtedy obie strony prawie się gotowały, USA chyba nawet bardziej: w 1984 uprowadzono Williama A. Buckleya, szefa CIA na Liban. Można tylko zgadywać, co też się wtedy działo w Langley…

W sąsiednim Salwadorze sytuacja, choć napięta do granic możliwości, dawała się jeszcze z trudem utrzymać, rządząca junta nie była może przesadnie prozachodnia, ale nie była też komunistyczna. Iskra padła na proch 24 marca 1980, kiedy to lewicowa bojówka zamordowała Oscara Arnulfo Romero, biskupa San Salwador. Na pogrzebie doszło do zamieszek, w których zginęło około 30 osób, a potem Salwador stanął w ogniu. Sytuacja władz była tragiczna, dlatego też Waszyngton ponownie otworzył portfel: do Salwadoru popłynęły pieniądze, broń, doradcy (w odróżnieniu jednak od doradców radzieckich, zawsze mający kilka gwiazdek na pagonach, Amerykanie wysłali doradców rolniczych). Dopiero później, kiedy wybuchła regularna wojna pomiędzy armią rządową a Rewolucyjnym Frontem Demokratycznym i Frontem Wyzwolenia Narodowego, USA zaczęły otwarcie wspierać armię prezydenta Duarte.

W historii kinematografii nakręcono bodajże jeden (a jeśli więcej, to niewiele) film prowojenny: „Wzgórze Złamanych Serc”. Ci, którzy go oglądali i dali radę oderwać na chwilę wzrok od Clinta Eastwooda, wiedzą, że opowiada on o amerykańskiej interwencji na Grenadzie. Powody do wysłania armii na tę dość skalistą wysepkę zamieszkaną przez raptem 100 000 mieszkańców były dwa. Po pierwsze, w marcu 1979 do władzy doszli tam socjaliści pod wodzą Maurice’go Bishopa. Samo w sobie nie byłoby to jeszcze takie najgorsze, problem zaczął się dopiero 13 października 1981, kiedy to dotychczasowy przywódca znalazł się w areszcie domowym, do władzy zaś doszedł Bernard Coard, a na wyspie zaroiło się od doradców wojskowych z Kuby, ZSRS, NRD, Libii a nawet Bułgarii i Korei Północnej, a także kubańskich żołnierzy. Drugim powodem było to, że mieściła się tam filia amerykańskiego Uniwersytetu Świętego Jerzego. Około 100 amerykańskich studentów znalazło się w kraju, który z dnia na dzień stał się bardzo nieprzytulny. Reagan wysłał potężną grupę operacyjną składającą się z 24 jednostek, w tym między innymi dwa lotniskowce USS Independence i USS America, potężny desantowiec klasy Iwo-Jima, USS Guam, a nawet okręt podwodny. Pierwszy raz w historii wojskowości użyto też wtedy militarnie wodolotów (USS Taurus i USS Aquila). Do desantu przeznaczono siły liczące 7 300 żołnierzy. Operacja „Urgent Fury” zakończyła się właściwie sukcesem: poniesiono bardzo niewielkie straty (19 zabitych, 116 rannych), usunięto reżim Coarda i odzyskano studentów. Z drugiej jednak strony, Amerykanie mieli miażdżącą przewagę liczebną, techniczną i sprzętową… a prawie udało im się ponieść klęskę. Zawodzące amfibie, źle dobrane miejsca lądowania, błędy przy rozpoznaniu, można by to mnożyć. Podam tylko jeden przykład: na teren kampusu wysłano dwa plutony amerykańskich sił specjalnych. Kiedy wylądowali, z przerażeniem skonstatowali, że studentów na terenie uniwersytetu nie ma. Jest natomiast kilka oddziałów wściekłych żołnierzy kubańskich i grenadzkich, tymczasowo tam skoszarowanych. Śmigłowce zostały zestrzelone, Amerykanów udało się z trudem wyciągnąć z opałów. Jak mawiają nasi sąsiedzi zza Odry: In die Zwischenzeit jeden ze studentów przewiezionych kilka dni przed atakiem w inne miejsce zaczął działać. Znalazł telefon i dodzwonił się do rodziców w Stanach. Ci zadzwonili do Pentagonu, ten dał znać dowódcom operacji i dopiero oni wysłali żołnierzy już we właściwe miejsce. Jako ciekawostkę na koniec można dodać, że siłami lądowymi dowodził na Grenadzie H. Norman Schwarzkopf. Tak, ten sam, który za kilka lat będzie dowodził operacją „Desert Storm”.

Angola i Afganistan: tam też nie wylądowali amerykańscy żołnierze. W wypadku Afganistanu można dodać: na szczęście. Pół Europy zostałoby zamienione w radioaktywny, betonowy parking, gdyby w górach Hindukuszu pojawili się Marines. Działania w Angoli można streścić w paru słowach: USA postępowały dokładnie tak jak i we wszystkich krajach, do których nie chcieli ryzykować wkroczenia własnymi siłami: przykład Nikaragui i Salwadoru pozwala zrozumieć ogólne postępowanie. Zaś co do Afganistanu, powiedziano, napisano i nakręcono o nim już tyle, że nie sądzę, bym mógł dodać cokolwiek interesującego.

Preludium do działań amerykańskich w Libii rozegrało się na innym kontynencie. 5 kwietnia 1985 roku miał miejsce zamach w Berlinie Zachodnim: terroryści wysadzili w powietrze dyskotekę, zabijając 63 Amerykanów. Kiedy udowodniono libijskie powiązania zamachowców, Reagan postanowił „wybombardować” Kadafiego z działań terrorystycznych. Dosłownie. Z pokładów USS Saratoga, USS America i USS Coral Sea wystartowały myśliwce bombardujące F-111 z zadaniem zabicia pułkownika Kadafiego. Został on jednak ostrzeżony i zbiegł ze swojej rezydencji w Trypolisie. Zginęła jego piętnastomiesięczna adoptowana córka, zaś dwóch synów zostało rannych. Amerykanie stracili jeden myśliwiec F-111, Libijczycy zaś 2 helikoptery, 14 myśliwców MiG-23, około 4 transportowców Ił-76 oraz 45 żołnierzy. Uwagę zwracają niewielkie straty wśród ludności cywilnej: w serii nalotów zginęło jedynie 15 cywili.

Na ile polityka Reagana była słuszna i skuteczna, trudno mi powiedzieć. Tego typu analizy wymagają bardzo dogłębnych badań i rzadko kiedy są naprawdę miarodajne. Faktem jest jednak, że jako pierwszy prezydent USA od czasów Kennedy’ego tak zdecydowanie i jednoznacznie dał odpór ZSRS, jako pierwszy zmierzył się z problemem globalnego terroryzmu i jako jedyny w tak radykalny sposób zmierzył się z problemem „komunizowania” się świata. Wnioski i ocenę pozostawiam PT Czytelnikom. Chciałbym jedynie zaproponować na koniec dwie książki o Ronaldzie Reaganie: „Ronald Reagan a wyzwania epoki” pod redakcją Andrzeja Bryka i Andrzeja Kapiszewskiego i, abyście Państwo mogli zobaczyć, jak przedstawiano „kowboja z rakietami” w PRL-u: „Reagan i inni”, autorstwa Stanisława Głąbińskiego.

Przemysław Mrówka
“Goniec Wolności” nr 2(36) / luty 2011

Źródło: www.goniec.koliber.org