Instytut Ronalda Reagana
Gdzie kucharek sześć...

Gdzie kucharek sześć...

dodano: 19.01.2006

Co to jest wielbłąd? Wielbłąd to koń zaprojektowany przez kolektyw.

To oczywiście żart, ale jak w każdym żarcie – tkwi w nim ziarnko prawdy. Doświadczenie przekonuje mnie (z podziwu godną regularnością), że ziarnko to w istocie jest całkiem spore. Że kolegialność często prowadzi do takich “osiągnięć”. Że inteligencja członków ciał kolegialnych nie sumuje się na posiedzeniu.

Oczywiście “komisja”, “zespół” – to brzmi dumnie i w zamyśle ma nas maluczkich uchronić przed decyzjami niesłusznymi, dowolnymi i niepodlegającymi kontroli. Jednym słowem, taki sposób organizacji pracy miałby doprowadzić do lepszych efektów. W końcu znane porzekadło mówi, że “co dwie głowy to nie jedna”.

Tylko czy tak jest w istocie?

Popatrzmy dla przykładu na dziedzinę nam najbliższą, czyli prawodawstwo. Chyba nie trzeba nikomu przypominać o słynnym już przypadku “lub czasopisma” czy też tajemniczych “chochlikach” w projekcie ustawy o biopaliwach. Po co jednak sięgać do aż tak drastycznych przykładów rozmycia odpowiedzialności, powodującego ogólny zamęt? Wystarczy wspomnieć o pęczniejących z roku na rok Dziennikach Ustaw i setkach coraz szybciej uchwalanych przez parlament nowelizacji, w tym także nowelizacji prawa zamówień publicznych, na którą wszyscy czekamy.

Przyczyn takiej legislacyjnej gorączki może być kilka. Pierwsza – to nierealne marzenia anonimowych projektodawców, aby dwa plus dwa było wreszcie pięć (albo i nawet siedem) oraz by wreszcie raz na zawsze pozbawić prawa egzystencji zmorę niewidzialnej ręki rynku. A skoro wbrew doskonałym przepisom dwa plus dwa to nadal tylko cztery, uchwala się jeszcze więcej doskonalszych przepisów, dzięki którym dwa plus dwa będzie nawet dwadzieścia cztery.

Drugiej przyczyny tej koszmarnej hipertrofii prawa upatrywałbym w zwykłym niechlujstwie, strukturalnie związanym z kolegialnym podejmowaniem decyzji. Legislacja to w ogóle wierzchołek góry lodowej, bo wszystko zaczyna się od codziennie sporządzanych umów czy np. różnych regulaminów organizacji społecznych. Ileż powstaje tu praktycznych problemów i ognisk zapalnych dla burzliwych konfliktów! Jak to się dzieje? To proste. Dokument przygotowany przez jedną osobę, której przyświecała jakaś wizja, systematyka, konsekwencja, zostaje w następnej kolejności poddany kolektywnej obróbce. Zmienimy kolejność, coś usuniemy, coś dodamy, przestawimy przecinki… – i w rezultacie, wicie rozumicie, wychodzi potworek, nad którym nikt już nie panuje i za którego nikt nie odpowiada.

Skoro to powoduje gehennę w sprawach indywidualnych czy w działalności organizacji społecznych, to nie ma powodu by od takich zjawisk wolne były jakimś cudem instytucje publiczne, zwłaszcza te wydające pieniądze publiczne.

Przecież mają o wiele szersze kompetencje. Śmiem wręcz twierdzić, że intensywność negatywnych zjawisk w tym przypadku wręcz wzrasta! Dziwnym trafem wiąże się to ze znacznie bardziej rozbudowaną strukturą, wielością organów, jednostek, komisji, zespołów i innych ciał doradczo-opiniodawczo-kontrolno-uzgadniająco-decyzyjnych…

Różnica jest tylko taka, że gnioty prawne opuszczające mury parlamentu, jako akty prawa powszechnie obowiązującego, charakteryzują się siłą masowego rażenia. Każda wykryta wpadka ustawodawcy trafia więc najpierw na pierwsze strony gazet (choć ostatnio bywa tam nadzwyczaj ciasno), a następnie jest łatana -entą nowelizacją (tak właśnie było z ustawą o zamówieniach publicznych). Parlament ma zajęcie, tomy Dzienników Ustaw pęcznieją w oczach, a jako remedium w trosce o jakość prawa otrzymujemy kolejne mnożenie, tym razem już “naprawdę fachowych”, instytucji. I koło się zamyka.

Co dwie głowy to nie jedna. Święta racja. Ale co jedna osoba odpowiedzialna za decyzję to nie dwie. Doradców może być wielu, decydent jeden. Bo gdzie kucharek sześć...

Reasumując, marzy mi się totalna dekolektywizacja nie tylko instytucji państwowych, ale i naszych przyzwyczajeń, bo sam przecież też nie jestem od nich wolny. Klarowny podział zadań i obowiązków oraz precyzyjnie przyporządkowanie odpowiedzialności za konkretne działania. Wówczas z przyjemnością odwołam powyższe oceny.

Marcin Bonicki
“Przetargi Publiczne” nr 1 [2], styczeń 2006