Instytut Ronalda Reagana
Dziennik tysięcy ustaw

Dziennik tysięcy ustaw

dodano: 19.05.2006

Lekarstwo czy źródło problemów?

Dziennik Ustaw 1980, nr 28, poz. 117. Dziennik Ustaw 1985, nr 63, poz. 331. Dziennik Ustaw 1990, nr 92, poz. 547. Dziennik Ustaw 1995, nr 154, poz. 801. Dziennik Ustaw 2000, nr 122, poz. 1330. Dziennik Ustaw 2004, nr 286, poz. 2889. Dziennik Ustaw 2005, nr 267, poz. 2260.

Co je łączy? Są to ostatnie numery Dziennika Ustaw w każdym roku. Jak widać, ich liczba wzrasta lawinowo – od 28 numerów w roku 1980 do 286 w roku przystąpienia do Unii Europejskiej, nieznacznie spadając w roku 2005 do 267. Rośnie również liczba publikowanych aktów prawnych – od 117 w roku poprzedzającym wprowadzenie stanu wojennego do rekordowej – 2889 – w roku 2004. W rezultacie i roczna objętość Dziennika uległa zwielokrotnieniu – w 1995 roku liczył on 3784 stron, w roku 2000 już 7405, by rok później przekroczyć 10 tys. stron, a w roku 2004 osiągnąć astronomiczną wielkość 21302 stron!

Dane te są porażające. Te kilogramy opasłych tomów, które każdego roku zapełniają urzędowe i prywatne biblioteki, zdają się zaprzeczać powszechnie głoszonym od 1989 roku celom polskiej transformacji ustrojowej i gospodarczej. Przecież to właśnie ustrój totalitarny, kontrolujący i centralnie planujący życie gospodarcze, społeczne i kulturalne, powinien był cechować się nadmiarem regulacji, nakazów i zakazów. W państwie skonstruowanym w oparciu o zasadę pomocniczości, gospodarkę wolnorynkową, własność prywatną i indywidualną inicjatywę liczba nakazów i zakazów powinna zaś radykalnie zmaleć. A transformacja winna znaleźć odzwierciedlenie w topniejących, a nie pęczniejących Dziennikach Ustaw oraz w redukcji administracji.

Oczywiście zrozumiałe jest, że gospodarka wolnorynkowa wymaga innych regulacji niż gospodarka centralnie planowana, a więc konieczne są zmiany prawa prywatnego – cywilnego, handlowego, bankowego, konkurencji, spółdzielczego. Jednakże sięgając do Dziennika Ustaw o wiele częściej znajdujemy w nich przepisy prawa administracyjnego tworzące nowe instytucje, urzędy, ustanawiające procedury, statuujące uprawnienia administracji i wynikające z nich obowiązki obywateli.

Do 1989 roku panował w Polsce system nakazowo-rozdzielczy, w którym w sposób dowolny i niekontrolowany o wszystkim decydowała partia (i pozostająca na jej usługach biurokracja państwowa). Czy po 1989 roku zostaliśmy raz na zawsze uwolnieni od wszechogarniającej państwowej kontroli? Czy możemy swobodnie działać, podejmować inicjatywę i ryzyko na własną odpowiedzialność – w myśl zasady, że wszystko co nie jest zabronione jest dozwolone, a dozwolone jest wszystko, co nie godzi w analogiczne prawo innych osób? Obawiam się, że jednak niezupełnie. Po 1989 roku zamiast zakwestionować zasadę, że państwo wszystkich, wszędzie i zawsze kontroluje, zaczęto jedynie usuwać cechującą poprzednią epokę dowolność owej kontroli. Wcześniejsze “widzimisię” zastąpiono setkami procedur ujętych w tysiącach ustaw i rozporządzeń, których realizacji pilnują coraz liczniejsze instytucje.

Cały ten proces kłóci się z godnymi pochwały zamiarami ustawodawcy ograniczenia kręgu podmiotów zobligowanych do stosowania procedur określonych w prawie zamówień publicznych. W parze z wyswobodzeniem spod rygorów ustawy podmiotów nie będących jednostkami publicznymi powinna iść jednak redukcja liczby jednostek publicznych. Tego jednak przy nieustannej rozbudowie gałęzi prawa administracyjnego osiągnąć nie sposób.

Konieczna jest zatem zmiana filozoficznych fundamentów funkcjonowania naszego państwa. Zamiast doskonalić procedury kontrolne należy zakwestionować konieczność nieustannej kontroli obywateli, którzy przecież nie są dziećmi wymagającymi nieustannego pilnowania. Do tego należy pamiętać, że nie samą ustawą żyje człowiek – obok prawa stanowionego w przestrzeni życia jednostek, rodzin, przedsiębiorców i społeczności lokalnych musi znaleźć się miejsce dla prawa zwyczajowego, obyczaju, norm moralnych. Prawo stanowione nie jest bowiem jedynym lekarstwem, wręcz przeciwnie – często jest źródłem poważnych i bolesnych problemów.

Marcin Bonicki
“Przetargi Publiczne” nr 5 [6], maj 2006