Instytut Ronalda Reagana
Dusza ubeka
Jerzy Rzędowski

Dusza ubeka

dodano: 18.01.2007

„Dlaczego ksiądz jest taki pyszny?” – zapytał ubek uwięzionego Prymasa Wyszyńskiego, gdy ten konsekwentnie odmawiał kompromisu ze zbrodniarzami. „Może to nie pycha, może to pokora wobec właściwej instancji daje mi taką siłę?” – miał odpowiedzieć Prymas. Jego niezłomność nie nawróciła prześladowców, ale na pewno musiała im dać do myślenia. Musiało być dla nich wstrząsem to, że w więzieniu, w izolacji, w komunistycznym kraju uznawanym przez cały świat, można pozostać człowiekiem wolnym i przyzwoitym.

Nie było w UB i SB „porządnych ludzi”, jak chciałby lider dzisiejszych komunistów. Byli jednak na pewno, oprócz regularnych zbrodniarzy-dewiantów, tzw. zwykli ludzie, przeszkoleni na Marksie i Dzierżyńskim, ale wychowani i żyjący w Polsce, więc zdający sobie sprawę z tego co naprawdę mogą myśleć Polacy. Wydawałoby się, że powinni czuć się jak okupanci w obcym kraju – znienawidzeni, potępieni, bezbronni póki nie sięgną po fizyczną przemoc.

A jednak tak się nie działo. Esbecy nie czuli się okupantami, lecz zachowywali się jak ludzie mający realną siłę, wynikającą nie tylko z posiadania pałek i transporterów opancerzonych.

Do niedawna nie mogło mi się to pomieścić w głowie.

Dzięki sprawom kolejnych ujawnianych duchownych zamieszanych we współpracę z komunistyczną bezpieką – zacząłem rozumieć ten fenomen. Zacząłem rozumieć, skąd mogła wziąć się bezczelność ubeków – i ich zawziętość wobec na przykład ks. Popiełuszki, posuwająca ich aż do morderstwa. Dlaczego byli tak zdumieni (mogę teraz uwierzyć, że szczerze) i wściekli, gdy ktoś „godził w socjalistyczny ustrój”? Co ich przekonywało, że „program jest dobry, tylko ludzie nie dorośli”? Co im dawało – używając słów Prymasa Wyszyńskiego – taką siłę?

Właśnie zacząłem to sobie wyobrażać. Po jednej stronie siedzi esbek, po drugiej stronie – duchowny. Esbek jest nafaszerowany komunistyczną propagandą, ale przecież jakieś wątpliwości mieć musi. Przecież musiał słuchać wielu kazań, gdy wysyłano go z magnetofonem na nabożeństwa, wreszcie sam fakt istnienia wielomilionowej struktury religijnej w komunistycznym kraju musiał go zastanawiać. Księża widziani na ambonie musieli wydawać się wielcy i mocni (niejeden esbek był przecież wychowany w normalnej, religijnej rodzinie). A tu – nagle okazuje się, że naprzeciwko niego nie siedzi żaden mocarz, żaden niezłomny Jeremiasz. Siedzi trzęsąca się kupka g… (usiłuję dopasować się do języka owego esbeka), gotowa podpisać co jej każą, a potem podpisane zobowiązanie wykonać.

Żeby jeszcze wcześniej było bicie, żeby esbek groził bliskim księdza! Nic podobnego – stawką jest paszport, kariera naukowa, czasem ujawnienie jakichś grzeszków albo przydział papieru lub zezwolenie na budowę kościoła. To ostatnie bywa teraz uznawane za usprawiedliwienie. Warto jednak zapytać – czego później „TW” nauczał w tym kościele? Cóż, pewnie wygłaszał górnolotne kazania o prawdzie i odwadze…

Jest dokładnie obojętne, czy i co „TW” potem donosił. Istotne jest to, że się złamał – bez bicia, bez fizycznego przymusu. W socjalizm też przecież nie wierzył, więc odrzućmy pobudki ideowe. Złamał się pod wpływem ustnej perswazji, psychicznej presji, czyli tego na co – teoretycznie – powinien być odporny. Był zdrajcą, okłamał swoich przełożonych i swoich parafian, nawet jeśli składane potem donosy nie dotyczyły niczego ważnego.

Z takiej rozmowy wychodziło dwóch zupełnie innych ludzi. Esbek już nie miał wątpliwości – szczerze i niewinnie mógł być przekonany, że Kościół to fasada, że księża to hipokryci, a świeccy chrześcijanie to oszukiwani idioci, którymi można manipulować. Teraz esbek czuł własną siłę. Miał „pokorę wobec instancji”, choć oczywiście niewłaściwej.

Z rozmowy wychodził też ksiądz. Nie jestem psychoterapeutą, więc nie będę tu rozważał, czy częściej „Judasze” byli przybici wyrzutami sumienia, a przez to pozbawieni odwagi, czy częściej uzasadniali swoje własne tchórzostwo chęcią „dialogowania”, czyniąc tym samym ze śmiertelnego wroga – partnera do negocjacji i filozoficznych dyskusji. W każdym razie, ze spotkania z człowiekiem upewnionym o swych racjach wychodził człowiek o złamanym charakterze.

W ostatnich dniach publicyści i komentatorzy paplali jeden za drugim o „ocenie szkodliwości donosów”. W podobnym duchu wypowiadali się też katoliccy biskupi. To jest przerażające – autorzy takich opinii nie dostrzegają wcale faktu, że szkodliwe było samo ustępstwo, samo uznanie siły SB i samo poddanie się psychicznej presji!

Gdy raport składał dyrektor „socjalistycznego przedsiębiorstwa” albo choćby i jego sekretarka, miało to tak naprawdę marginalne znaczenie, nawet jeśli przekazywane informacje były dla SB kluczowe. Dla nich była to jeszcze jedna służbowa czynność. Gdy natomiast homagium zbrodniczemu ustrojowi składał ten, kto miał być dla ludzi oparciem, kto miał „dawać świadectwo Prawdzie”, wtedy naprawdę PRL „rósł w siłę”.

I to jest cała tragedia, cała istota kolaboracji z bezpieką.

Jerzy Rzędowski