Instytut Ronalda Reagana
Durna lex, czyli kara zamiast nagrody

Durna lex, czyli kara zamiast nagrody

dodano: 21.06.2007

Nie myśl, co zrobić lepiej, bo jeszcze coś wymyślisz. A jak już wymyśliłeś, to broń Boże nie rób tego, bo zostaniesz za to ukarany. W majestacie prawa.

W ostatnim czasie sporym echem odbił się pomysł powołania sądowej poczty doręczeniowej, nad którym usilnie zastanawia się Ministerstwo Sprawiedliwości. Dzięki temu, że doręczaniem pism sądowych, w miejsce Poczty Polskiej, zajęliby się pracownicy sądów, sądy mogłyby zredukować koszty korespondencji nawet o 70%. Wzrosnąć też powinna skuteczność doręczeń.

Ministerstwo nad pomysłem dopiero pracuje, ale pierwsi pionierzy takie rozwiązanie już sprawdzili w praktyce. Rezultaty ich działań rzeczywiście są godne uwagi i pozwalają stwierdzić, że uzyskanie oszczędności jest więcej niż pewne. Myliłby się jednak ten, kto by przypuszczał, że owych pionierów spotka zasłużona nagroda. Licho bowiem nie śpi, a okoliczności jak na razie zdają się sprzyjać nie im, a pocztowemu monopoliście. Co więcej, po raz kolejny okazuje się, że lepiej siedzieć z założonymi rękami niż podejmować działania przynoszące wymierne korzyści.

Przekonał się o tym kierownik finansowy jednego z sądów rejonowych, który w nagrodę za zaoszczędzenie w ciągu jednego tylko roku aż 390 tys. zł, został… ukarany z powodu naruszenia dyscypliny finansów publicznych. Jego wina, z punktu widzenia prawa zamówień publicznych, była bardzo poważna. Wyłonienie osoby, której na podstawie umowy zlecenia powierzono funkcję woźnego sądowego, nastąpiło bowiem bez przeprowadzenia postępowania o udzielenie zamówienia publicznego. W rezultacie poniechano współpracy z woźnym sądowym i powrócono do korzystania z droższych usług Poczty Polskiej.

Sytuacja wyglądałaby inaczej, gdyby kierownik finansowy zdecydował się na przeprowadzenie postępowania o udzielenie zamówienia publiczne albo podzielił zlecenie na mniejsze części, przypisując każdemu woźnemu określoną właściwość miejscową. Jeśli wynagrodzenie każdej z osób nie przekroczyłoby rocznie 6000 euro to prawo zamówień publicznych nie miałoby zastosowania. Ostatnią możliwością byłoby zatrudnienie woźnego na podstawie umowy o pracę, ale tak się akurat w naszym kraju dziwnie składa, że pracodawcy, nie wiedzieć czemu, unikają tej formy zatrudnienia i korzystają z niej w ostateczności.

Ale “winowajca” o tym wszystkim nie pomyślał i teraz ma za swoje. Bo zamiast myśleć o własnym bezpieczeństwie – czytaj: mechanicznym stosowaniu utartych schematów – chciał coś ulepszyć, usprawnić, więc pomyślał o rozwiązaniach przynoszących oszczędności. Nieważne, że jego starania przyniosły wymierne i do tego pokaźne efekty, które mogą stanowić zachętę dla innych. Liczy się tylko to, że realizując założony cel, nie zastosował wszystkich przepisów, które powinny były zostać zastosowane.

Dla mnie to absurd, który w ogóle nie powinien mieć miejsca. Oczywiście rozumiem, że prawo jest prawem i trzeba je stosować, nawet gdy czasem okazuje się bardzo nieżyciowe i niewydajne. Z tym nie ma co polemizować. Ale wymierzanie kary za działania przynoszące oczywiste korzyści jest nie tylko niesłuszne, ale i niepraktyczne, bo zniechęca innych do podejmowania jakiejkolwiek inicjatywy. Cieszyć się więc należy tylko z tego, że jeśli chodzi o sądową pocztę doręczeniową to szlaki zostały już przetarte – znamy zarówno potencjalne korzyści, jak i błędy, których należy unikać.

Marcin Bonicki
“Przetargi Publiczne” nr 6 [19], czerwiec 2007