Instytut Ronalda Reagana
Czy rewolucja reaganowska jest możliwa w Polsce?

Czy rewolucja reaganowska jest możliwa w Polsce?

dodano: 17.12.2006

Poniższy tekst jest oparty na przemówieniu Jerzego Rzędowskiego wygłoszonym 11 listopada 2006 roku w Warszawie na III Ogólnopolskim Zjeździe Środowisk Wolnościowych, zorganizowanym przez Fundację Odpowiedzialność Obywatelska.

Część I. Jak była możliwa rewolucja reaganowska w USA?

Chcę ci opowiedzieć o pewnym kraju. Kraju, w którym przedsiębiorczy i odpowiedzialni ludzie pracują na coraz liczniejszą rzeszę odbiorców pomocy społecznej. Kraju, w którym bezrobocie dotyka milionów ludzi, a inflacja jest sześć razy większa, niż dziś w Polsce, co oznacza, że ludzie nie są pewni przyszłości i wartości swojej pracy. Kraju, w którym stopy procentowe są czterokrotnie większe, niż dziś w Polsce, a system fiskalny przewiduje aż 14 progów podatkowych, z których najwyższy zabiera aż 70% dochodu. Kraju, w którym przemysłowcy są krępowani z jednej strony wszechwładzą związków zawodowych, a z drugiej – państwowymi regulacjami.

Zastanawiasz się jaki to kraj? Być może będziesz zaszokowany, jak ja byłem kiedyś, gdy pierwszy raz o tym usłyszałem.

Ten kraj to USA drugiej połowy lat 70-tych.

Tak – to te same Stany, które na tle szarego siermiężnego socjalizmu wydawały nam się oazą dobrobytu i wolności. Wtedy Stany Zjednoczone widzieliśmy tylko przez pryzmat „Pewexów”. Nie wiem, czy pamiętasz „Pewexy” – czy znasz je już tylko z opowiadań. To był inny świat: ten zapach, to oświetlenie, to bogactwo towarów, no i oczywiście inna waluta – to różniło się tak mocno od naszej rzeczywistości (nawet tej gierkowskiej, z „Delikatesami” na kredyt), że aż biło po oczach. Taki był efekt porównania z socjalizmem bloku radzieckiego, w którym żyliśmy.

Amerykanie potrzebowali zmian

W rzeczywistości USA końca lat 70-tych (czyli za prezydentury Jimmy’ego Cartera) przeżywały kryzys. Kraj, który dla milionów ludzi ze wszystkich nacji stał się ojczyzną, symbolem wolności i bogactwa, był poważnie chory.

Kryzys obejmował gospodarkę – jak przed chwilą opisałem. Ekonomiści uważali stagflację (zastój gospodarczy połączony z wysokim bezrobociem i inflacją) za nieuchronny efekt rozwiniętego kapitalizmu, z którym to efektem trzeba się pogodzić. Ronald Reagan, który później ten kryzys pokonał, tak kpił z polityki Cartera: „Jeśli działa, to opodatkuj. Jeśli nadal działa, to wprowadź regulacje. Gdy przestanie działać, to wtedy subsydiuj”

Kryzys obejmował też inne dziedziny. Breżniewowski ZSRR rósł w siłę, osiągając równą a potem dominującą pozycję w relacjach z USA – i amerykańscy dyplomaci oficjalnie godzili się na to drugie miejsce. Pokolenie studenckich rewolt ’68, „pokolenie złamanych charakterów”, skończyło studia i przejmowało ster w nauce, polityce, administracji i gospodarce. Przepisy określały minimalny standard życia, ale oznaczało to, że powstał też górny limit akceptowanej zamożności. Miliony ludzi miały zmieścić się w „klasie średniej”, bo w nowoczesnym społeczeństwie miało nie być ekstremalnej biedy ani ekstremalnego bogactwa.

Nas być może to nie przeraża – zachodnia „klasa średnia” to nadal szczyt marzeń dla wielu Polaków. Jednak w kraju, który powstał właśnie po to, by każdy mógł zaznaczyć swą indywidualność i żyć tak jak chce – to musiało przerażać.

Ludzie czuli bezradność i czuli brak oparcia w państwie, bo nie widzieli efektów swojej pracy, a to co słyszeli od polityków nie dawało im pocieszenia. Dominującym uczuciem była rezygnacja, rezygnacja z amerykańskiego snu. Ludzie potrzebowali zmiany – i to była pierwsza przesłanka do zmiany.

Amerykanie mieli oparcie w wolnościowej tradycji

Ludzie odczuwali potrzebę zmiany – a zarazem mogli się odwołać do czegoś co mogło im dać oparcie. Mogli odwołać się do tradycji swego kraju, do wciąż pamiętanego marzenia o kraju wolności. Ojcowie Pielgrzymi właśnie po to przypłynęli do Ameryki, by w spokoju i wolności praktykować swoją religię i żyć tak, jak chcą.

Takie wartości zapisano w Deklaracji Niepodległości z 4 lipca 1776 roku: wszyscy ludzie stworzeni są równymi, a każdy ma prawo do życia, wolności i swobody ubiegania się o szczęście. Rząd stworzony jest jedynie dla zabezpieczenia tych praw. Takie wartości poznaje i codziennie przypomina sobie każde amerykańskie dziecko, gdy rano przed zajęciami recytuje przysięgę wierności fladze trzymając rękę na piersi. „Jeden naród wobec Boga, w wolności i sprawiedliwości dla wszystkich”.

Właśnie dlatego zapytany o podział na lewicę i prawicę Ronald Reagan stwierdził, że taki podział po prostu nie istnieje. Jest natomiast podział na „górę” i „dół”, na ludzi dążących do wolności jednostki i na ludzi dążących do totalitaryzmu czyli wyzbycia się wolności za cenę pozornego bezpieczeństwa.

Mieszkańcy USA zdawali więc sobie sprawę z tego, po co powstało ich państwo i do czego dążyli jego założyciele. Widzieli też dokładnie i odczuwali na własnej skórze, jak się to ma do sytuacji, w której się znaleźli.

Amerykanie otrzymali porywającą wizję

Wizja Reagana, człowieka który z płatnego mówcy reklamowego stał się politykiem przekazującym własne poglądy, nie była czymś nowym ani nie powstała w czasie kryzysu rządów Cartera. Zimna wojna nie była dla Reagana tylko gazetowym określeniem związanym z żelazną kurtyną gdzieś tam, w Europie. Zimna wojna to był dla niego elementarny, stary jak świat konflikt między siłami zła, a siłami dobra i odwiecznych wartości. Konflikt między totalitaryzmem, dominacją nad jednostką i odmawianiem jej prawa do decydowania o sobie, a wolnością i zdolnością wyboru.

To nie były tylko hasła – Reagan zamierzał naprawdę naprawić kraj, naprawić po pierwsze jego gospodarkę, a po drugie jego pozycję polityczną i sposób zarządzania.

Reagan twierdził, że „władza, poza swoimi prawowitymi funkcjami, nie dokona niczego tak dobrze i efektywnie, jak mógłby to zrobić sektor prywatny”. Właśnie dlatego – po pierwsze redukował podatki (aby więcej pieniędzy zostawało w kieszeniach obywateli i było przez nich wydawane), po drugie zwiększał wydatki na armię, ale w taki sposób by trafiały one do przemysły i nauki zajmującej się nowymi technologiami, a po trzecie walczył z ograniczeniami biznesu, monopolami i dyktaturą związków zawodowych. W efekcie miliony Amerykanów znów znalazły źródło utrzymania swych rodzin i znów dostrzegły wartość swojej pracy, dzięki stabilnemu dolarowi. Wskaźniki gospodarcze wystrzeliły w górę.

Ponieważ carterowski kryzys dotknął nie tylko gospodarkę, Reagan zajął się także innymi dziedzinami życia. Chciał, by Ameryka znów była „jak jaśniejące miasto na wzgórzu, którego światło jak latarnia prowadzi zewsząd ludzi miłujących wolność”. Jako pierwszy amerykański prezydent tak ostro i radykalnie potępił działania ZSRR, nazywając je „Imperium Zła”. Dotychczasowi gospodarze Białego Domu unikali ostrych sformułowań, nie chcąc drażnić Rosjan. Reagan postanowił nazywać rzeczy po imieniu, prowadząc przy tym twarde negocjacje z silniejszej pozycji. Jak wiemy, rywalizacja zbrojeniowa, czasem oparta na blefie („gwiezdne wojny”), doprowadziła ZSRR na skraj bankructwa, a w rezultacie do upadku.

Konserwatywno-liberalny był nie tylko program Reagana – ale i jego styl rządzenia. Reagan odrzucał wizję polityki jako dzieła wąskiej grupki ideologów narzucających obywatelom swój pomysł na świat. Polityka była dla niego realizacją marzeń większości, marzeń nie tłumionych psychicznym terrorem mniejszości i rozmaitych grup nacisku, marzeń nie tłumionych jazgotem speców od socjotechnik, marzeń nie tłumionych wywodami teoretyków ekonomii, którzy wiedzą lepiej, chociaż nigdy nie odpowiadali osobiście swoim majątkiem za słuszność swoich teorii. Reaganowska rewolucja w polityce to było spojrzenie oczami normalnego, zdrowo myślącego Amerykanina, a nie oczami teoretyka zamkniętego w wygodnym gabinecie.

Efektem było wzmocnienie USA i osłabienie ZSRR, a w konsekwencji upadek żelaznej kurtyny i „Imperium Zła”. Amerykanie znów mogli czuć dumę ze swojego kraju – a zarazem miliony ludzi żyjących w komunizmie zyskały prawo wyboru. Jak z tego prawa skorzystały – to zupełnie inna sprawa…

Część II. Jak jest w Polsce? Czy rewolucja reaganowska jest możliwa?

Gdy zostałem poproszony o przygotowanie tego tekstu jako przedstawiciel Instytutu im. Ronalda Reagana, naradzałem się z prezesem Instytutu nad tematem. Czy w Polsce możliwa jest rewolucja reaganowska? Po długim zastanowieniu powiedziałem: Marcin, mamy problem – bo mi wychodzi, że jest bardzo trudna do przeprowadzenia. I chociaż postawienie takiej tezy może być uznane za defetyzm, zgodziliśmy się co do tego, że powiem całą prawdę o tych trudnościach. Przecież konserwatywny liberalizm to właśnie mówienie prawdy i działanie w imię prawdy.

Zatem – kiedy reaganowska rewolucja byłaby możliwa w Polsce?

Czy my, Polacy, odczuwamy potrzebę zmian?

Zawodowo zajmuję się między innymi prowadzeniem szkoleń – i właśnie wróciłem z takiego szkolenia. Jednym z uczestników był Krzysztof – człowiek w sile wieku, ojciec dwóch synów niewiele młodszych ode mnie. Krzysztof w 1980 roku działał w opozycji, potem zmuszony był do wyjazdu za granicę. Dziś za granicą są jego obaj synowie – w Wielkiej Brytanii, jak wielu naszych rodaków. Rozmawialiśmy z Krzysztofem o wielu sprawach, w tym o Polsce. „Sam w latach 80. pracowałem w Nowym Jorku bo nie mogłem znaleźć szczęścia w kraju. Robiłem to dla siebie, ale i dla synów – by kiedyś mieli możliwość wyboru. Teraz są za granicą, ale niekoniecznie dlatego, że tak wybrali. W swoim zawodzie nie mieli możliwości godziwej pracy w kraju. Powiedz, Jerzy – czy po to wychowałem synów, by musieli szukać szczęścia gdzieś daleko?”.

Po 44 latach tzw. Polski Ludowej i 17 latach III Rzeczypospolitej odczuwamy w Polsce wiele braków. Nie chodzi nawet o braki gospodarcze – tu zmieniło się dużo, sklepy są pełne i brak może być tylko pieniędzy by z tego korzystać. Wielu Polakom doskwiera jednak inny brak – brak perspektyw. Często mówi się też o braku autorytetów i zasad. Przedsiębiorcy odczuwają brak wolności gospodarczej – uwikłanie w system plączących się kontroli, sprawozdań, ograniczeń i danin. Coraz większą liczbę ludzi cechuje brak odpowiedzialności za swoje życie i wyuczona bezradność. Wreszcie brak zaufania do rządzących – rząd postrzegany jest jako wróg, a nie jako sługa czy narzędzie w rękach obywateli. Ronald Reagan opisując państwo użył kiedyś metafory pojazdu i kierowcy – kierowcą był według niego naród, a samochodem – rząd, bo to rząd ma zawieźć naród tam, gdzie trzeba. W naszym sposobie myślenia taka metafora jest niezrozumiała – nawet my, wolnorynkowcy, sądzimy przeważnie, że to naród jest pojazdem, a rząd nim kieruje.

Zatem – jest potrzeba zmian, silna i paląca potrzeba radykalnej zmiany sposobu myślenia i sposobu rządzenia. Spełniony jest więc pierwszy warunek zaistnienia „reaganowskiej rewolucji” w Polsce. Co z pozostałymi dwoma warunkami – tradycją wolnościową i porywającą wizją?

Czy my, Polacy, mamy oparcie w wolnościowej tradycji?

Od 1989 roku znów obchodzimy corocznie Święto Niepodległości. Niepodległości rozumianej jako niezależność polityczna i kulturalna, ale znacznie rzadziej – ekonomiczna. Polacy niestety nie wiązali i nie wiążą wolności z gospodarką. Nadal też nie czują się obywatelami, ale członkami grup interesu.

To tradycja bardzo długa, na pewno zakorzeniona w PRL-u, a może jeszcze wcześniej. Nikt nie był i nie jest po prostu Polakiem czy po prostu ojcem rodziny. Byliśmy „klasą robotniczą” lub „inteligencją pracującą”, ponieważ to w jaki sposób zarabialiśmy determinowało całe nasze istnienie. Niektóre kategorie były wyróżniane („lud pracujący miasta i wsi”), niektóre poniżane pogardliwymi określeniami („badylarze” zamiast ogrodników czy „prywaciarze” zamiast prywatnych przedsiębiorców). Nie było jednostek, tylko „robotnicy”, „górnicy”, „hutnicy”, „rolnicy” i tak dalej. Nawet Kościół katolicki dał się złapać na to kolektywistyczne myślenie, tworząc „duszpasterstwa ludzi pracy”, pod patronatem św. Józefa „Robotnika” (sic!).

Takie klasowo-plemienne myślenie pokutuje do dziś. Nadal jesteś postrzegany jako rolnik lub górnik, bezrobotny lub pracujący, „gej” albo hetero, moherowy beret lub aferał, Kościół łagiewnicki lub toruński, i tak dalej.

Reagan ucinał te spory krótko: jest tylko jedna grupa społeczna uciskana przez rząd w niemożliwy do zaakceptowania sposób. Tą grupą są po prostu „obywatele”.

Jednak w Polsce, tak bardzo opartej na tradycji, trudno mówić o tradycji wolnościowej, bo wolność traktowana jest jako zbiór przywilejów dla określonej grupy. Co w takim razie z wizją wolnego kraju?

Czy my, Polacy, mamy porywającą wizję?

To trzeba sobie powiedzieć jasno i dobitnie, niezależnie od naszych poglądów i sympatii politycznych: obecna klasa polityczna nie przedstawiła klarownej i porywającej wizji Polski, tym bardziej wizji Polski wolnorynkowej. Nie przekonuje mnie ani hasło Polski solidarnej, ani hasło Polski liberalnej, oba zresztą bardziej publicystyczne niż polityczne.

Jako wyborca-konserwatysta nie mam propozycji respektujących zasadę wolnego rynku.

Jako wyborca-liberał nie mogę znaleźć propozycji respektujących podstawowe wartości etyczne.

Jako wyborca mam więc dylemat i jestem zmuszony do rezygnacji z moich marzeń o Polsce.

Czy nie ma zatem nadziei?

Naiwnością byłoby twierdzić, że wystarczy zastosować reaganowskie wzorce, a wszystko zadziała. Czy jest możliwe przeszczepienie na polski grunt amerykańskich wzorców? Cóż, pewnie tak, jest tylko mały warunek: potrzeba 250 lat protestanckiej formacji („bogactwo to znak Bożego błogosławieństwa, a nie grzech”), potem emigracji na obcy kontynent w poszukiwaniu wolności i marzeń o ideałach, potem walki z wrogami i kolejnych 200 lat budowania nowego społeczeństwa na nowej ziemi. Wystarczy to zrobić, a będzie to możliwe…

To oczywiście żart, ale mimo to nadzieja na wolną Polskę jeszcze jest.

Do takiego stwierdzenia upoważnia mnie istnienie wielu środowisk wolnościowych – choćby małych, ale wierzących w swoje ideały i w możliwość ich realizacji. Stowarzyszenie KoLiber, Fundacja Odpowiedzialność Obywatelska, Instytut Sobieskiego, Instytutu Misesa i wiele, wiele innych, a wśród nich i nasza fundacja – Instytut im. Ronalda Reagana.

Celem Instytutu jest z jednej strony propagowanie myśli reaganowskiej, z drugiej zaś kształcenie przyszłych naśladowców naszego patrona. Połączyć wolność ekonomiczną z tradycyjnymi wartościami, wiarą w Boga i miłością do Ojczyzny – to przesłanie Ronalda Reagana. To idea, którą chcemy przekazać polskiemu społeczeństwu i polskim elitom.

Te środowiska mogą wiele zrobić, by wizja Polski naprawdę wolnej mogła się ziścić. Co trzeba zrobić, by tak się stało?

Po pierwsze – zerwać z myśleniem o człowieku jako członku jakiejś grupy interesu. Inaczej zawsze Polska będzie „postawem czerwonego sukna” z którego każdy chce coś dla siebie urwać.

Po drugie – wyrąbywać sobie coraz większe obszary wolności, szerzyć marzenie o wolności. Niewolnik nie chce zmieniać swego stanu nie dlatego, że kocha niewolę – on być może nie wyobraża sobie innego życia, bo go nigdy nie doświadczył.

Po trzecie – kształcić ludzi zdolnych do wcielania tej idei w życie, uformowanych w takich wartościach jak wolność, odpowiedzialność i kreatywność, a zarazem wiara i szacunek dla tradycji. To jest zadanie dla rodziców, wychowawców i nauczycieli, ponieważ nawyki kształtują się już u najmłodszych.

Być może jest to program na lata, a być może najbliższa przyszłość nas zaskoczy – tak jak zaskoczył nas upadek muru berlińskiego. Nie możemy tego wiedzieć. Nie to jest jednak ważne.

Gdy co wieczór patrzę na moją zasypiającą córkę, zastanawiam się w jakim świecie przyjdzie jej żyć. Gdy ja byłem w jej wieku, moi rodzice patrzyli tak samo na mnie. Obserwując otaczający ich świat mogli być przekonani, że urodziłem się, wychowam i umrę w realnym socjalizmie.

W jakim świecie będą żyły nasze dzieci – nasze córki i nasi synowie?

„Stajemy obecnie naprzeciw najgorszego wroga, jakiego kiedykolwiek poznała ludzkość podczas swej długiej wspinaczki z jaskiń ku gwiazdom. Jeśli przegramy tę wojnę, to przegramy również naszą wolność. Wtedy historia z największym zdziwieniem zanotuje, że ci, którzy mieli najwięcej do stracenia, uczynili najmniej, by zwyciężyć.” – to powiedział Reagan w czasach, gdy jeszcze nie miał szans na prezydenturę USA, gdy nikt nie śnił o upadku Związku Radzieckiego, gdy o komunistycznych zbrodniach nie mówiono jeszcze głośno.

Są tysiące ludzi którzy nie rozumieją wartości tego, że mogą być wolni. Każdego dnia godzą się na poniżenie w urzędach, na odebranie pokaźnej części swego majątku przez aparat skarbowy, na państwową regulację swego życia i swojej pracy. Tych ludzi nie ma w środowiskach wolnościowych. Natomiast my, zwolennicy wolnego rynku, dobrze znamy cenę swej wolności i dlatego mamy najwięcej do stracenia.

„Historia z największym zdziwieniem zanotuje, że ci, którzy mieli najwięcej do stracenia, uczynili najmniej, by zwyciężyć.”

A co TY uczynisz?

Jerzy Rzędowski