Instytut Ronalda Reagana
Czy Polacy mogą pokochać kapitalizm?

Czy Polacy mogą pokochać kapitalizm?

dodano: 05.07.2005

Socjalizm to najdłuższa droga od kapitalizmu do kapitalizmu. A kapitalizm to leseferyzm, wolność gospodarcza, indywidualna przedsiębiorczość, najpełniejsza ochrona własności prywatnej, ograniczony rząd, niskie podatki i swoboda poszukiwania szczęścia. Kapitalizm to również odpowiedzialność za to, jak wykorzystujesz to, co masz w swoich rękach.

Teoretycznie socjalizm mamy już za sobą, więc i kapitalizm powinien na dobre zagościć w naszym pięknym kraju nad Wisłą. Ale w Polsce mało kto ma w ogóle w rękach to “coś”. Jeśli już to zawdzięcza to albo własnemu geniuszowi, albo – wedle powszechnego przekonania – układom i znajomościom. Kapitał to przywilej nielicznych, a nie powszechne dobro.

Bez kapitału

Kapitał, własność, majątek to istota kapitalizmu. Własność to najpełniej odczuwalny, w pełni widzialny i namacalny przejaw kapitalizmu. Co komu po – ułomnej zresztą – wolności gospodarowania, obniżeniu podatku o pół punktu procentowego, kredytu o całe 0,75%, gdy nie ma czego zainwestować ani nie ma czym zabezpieczyć kredytu, a businessplan wymaga na dzień dobry zarezerwowania minimum 8000 zł na składkę zusowską w najbliższym roku?

Czy zatem można się dziwić, że Polacy kapitalizmu się boją? Czy można w ogóle wymagać, by Polacy, naród wywłaszczony, kochali kapitalizm?

Bo kapitalizm jest czymś nieznanym milionom Polaków. Kapitalizmem straszą media, lewicowy politycy, związki zawodowe, monopoliści z telekomunikacji i przemysłu. Media codziennie donoszą, że wolny rynek doprowadził do upadku kolejną stocznię, kopalnię, że kapitalizm spowodował zamknięcie kolejnych połączeń kolejowych, upodlił służbę zdrowia, oddał banki i gazety w ręce obcokrajowców, przyczynił się do złodziejskiej prywatyzacji i jedyne co wyprodukował to miliony bezrobotnych i bezkresną nędzę.

Jest to oczywiście nieprawdą. I to nie dlatego, że rzeczywistość jest inna niż mówią o tym media i wyobrażają sobie Polacy. Kłamstwem jest tylko obwinianie za to wszystko kapitalizmu. Najłatwiej jest oskarżać nieobecnych, bo dla kapitalizmu nie stworzono w Polsce odpowiedniego fundamentu, kapitału.

Pomimo systemu

Wciąż żyjemy w… no właśnie, w jakim ustroju? Gospodarkę centralnie sterowaną, chwała Bogu, szlag trafił razem z systemem nakazowo-rozdzielczym, cenami z sufitu, masową tandetą, pustymi półkami, kilometrowymi kolejkami itp. Prywatny biznes i indywidualna inicjatywa zostały ogłoszone podstawą gospodarki, która – przynajmniej w teorii – realizuje zasadę “wszystko co nie jest zabronione, jest dozwolone”. Ale z drugiej strony duszą nas fiskus, podatki, składki na ubezpieczenie społeczne, przeróżne urzędy, kontrole, inspekcje, ograniczenia, koncesje, licencje, zeznania, raporty, rozliczenia i groźby kar.

Mimo wszystko można sobie z tym poradzić, Polacy dzięki swej przedsiębiorczości i kreatywności mozolnie budują dobrobyt – jak grzyby po deszczu powstają nowe domy i mieszkania, po ulicach jeżdżą miliony naprawdę niezłych już samochodów, stać nas na ubieranie się w coraz lepszych sklepach, na posiłki w restauracjach, zagraniczne wyjazdy. Tylko że nadal bardzo wielu jest pozbawionych i tego, a pozostali osiągają społeczny status z nadludzkim wysiłkiem, przy koszmarnym stresie i w strachu przed biurokracją. Czy to więc naprawdę musi być kres naszych narodowych możliwości? Czy mamy zatrzymać się w pół drogi?

Posiadanie to nie własność

Bo to nadal nie jest kapitalizm, a Polacy nie są kapitalistami. Powtórzę raz jeszcze tę bolesną prawdę – czy ktoś widział kapitalistów bez kapitału? Kapitał to podstawa, to warunek rozwoju. Powtarzając za Hernando de Soto, kapitał to nadal – mimo upływających lat – cała tajemnica sukcesu. To zarazem recepta na nowe miejsca pracy, marginalizację sfery ubóstwa, cywilizacyjny i gospodarczy postęp, a w konsekwencji i stabilność polityczną, i wzrastającą pozycję na arenie międzynarodowej, i złote lata kultury.

Dlaczego w Polsce kapitału nie ma? Jak wspomniałem, kapitał to to co jest lub może być naszą własnością, a właściwie – choć niezbyt poprawnie – “legalną” własnością, uznawaną przez sądy, banki, urzędy, kontrahentów. Nie wdając się w szczegółowe prawne definicje, własność to możliwość korzystania z danej rzeczy oraz możliwość rozporządzania tą rzeczą. Samochodem można jeździć (korzystanie), ale można nim zabezpieczyć kredyt albo go sprzedać (rozporządzanie). W domu można mieszkać (korzystanie), ale można go obciążyć hipoteką (rozporządzanie) a kredyt przeznaczyć na rozmaite przedsięwzięcia, które przyniosą zysk. I w tym sensie, i samochód, i dom są kapitałem. Dzięki nim można pozyskać środki na inwestycje i pomnażanie majątku. To tu właśnie początek bierze rozwój gospodarczy.

Wystarczy jednak, że w księdze wieczystej domu, w którym nie niepokojeni przez nikogo spokojnie sobie mieszkamy, jako właściciel wpisany jest ktoś inny, albo jest to mieszkalnie spółdzielcze lokatorskie, albo mieści się w jakimś po-zakładowym budynku, do którego nikt się nie przyznaje albo którego pomimo katastrofalnego stanu nie można kupić. O mieszkaniach komunalnych, ogródkach działkowych ani normalnie wynajmowanych lokalach przez osoby, których oficjalne zarobki nie pozwalają na zakup własnych czterech kątów nawet już nie wspomnę. W takiej sytuacji to mieszkanie, dom, budynek, działka są “nasze””, w tym sensie, że nikt nas z nich nie wyrzuca ani nie kwestionuje naszego prawa do ich zajmowania, ale naszą własnością już nie są. Możemy z nich korzystać (mieszkać), ale już nie rozporządzać (sprzedać, obciążyć hipoteką). Mamy gdzie mieszkać, ale nasze mieszkanie nie jest kapitałem, nie może być wykorzystane do pomnażania bogactwa. To tak jakbyśmy mogli pływać tylko przy wykorzystaniu lewej ręki i lewej nogi. Na powierzchni się utrzymamy, ale ogromnemu wysiłkowi nie będzie towarzyszył postęp.

Uwłaszczenie…

Z czego wynika ten stan rzeczy? Niewątpliwie jest to i dziedzictwo peerelu, i rezultat zaniechań już w III RP, która niewiele zmieniła w porównaniu ze słusznie minioną epoką rządów towarzyszy Szmaciaków. Projekty reprywatyzacji lądują regularnie w koszu, na pokrętnej i nieprzejrzystej prywatyzacji korzysta głównie komunistyczna nomenklatura, o idei powszechnego uwłaszczenia wszyscy już zapomnieli, większość nadal nic nie ma i ledwo wiąże koniec z końcem, podczas gdy miliony hektarów ziemi leżą odłogiem w nierządzie państwowych agencji i biurokracji, a tysiącami spółdzielni mieszkaniowych zarządzają w poczuciu pełnej bezkarności i spokoju kliki kolesi rodem z bananowych republik.

W Polsce po 1989 roku nie wykonano podstawowej reformy, nie zwrócono majątku Polakom zachowując go w lepkich łapkach biurokracji. Do naszej więc tylko wyobraźni należy ujrzenie skutków przekazania prawa własności mieszkań spółdzielczych, komunalnych, zakładowych ich mieszkańcom, działek działkowcom, ziemi rolnej rolnikom i byłym właścicielom, podobnie jak i zrujnowanych fabryk, dworków, pałaców. Mielibyśmy legalny majątek, który można zainwestować i pomnażać. Stalibyśmy się niezależni od kosztownej rządowej, samorządowej, spółdzielczej biurokracji, prezesów, dyrektorów, kierowników, agencji etc. Majątek zyskałby gospodarza, troskliwego i rozważnego, a na pewno zainteresowanego jego losem.

To naprawdę działa! Drobna dygresja. Na zebraniach władz spółdzielni mieszkaniowych, które będąc co prawda własnością nieświadomych niczego spółdzielców same są jak najbardziej świadomymi właścicielami mieszkań tychże spółdzielców, pojawia się 2-5% spółdzielców. Trudno mówić o kontrolowaniu władz spółdzielni przy obecności 15 z 400 uprawnionych osób. Trudno się spodziewać wyższej frekwencji wobec braku poczucia odpowiedzialności za wspólnie użytkowany majątek: klatki, chodniki, uliczki osiedlowe, podwórka, parkingi. A trudno poczuć się gospodarzem w kombinacie liczącym 30 tysięcy mieszkańców, w którym za wszystkim stoją anonimowi \”oni\”, zarząd jawi się równie odległy jak komisja europejska, a w ogóle to i tak nigdy nic się nie udaje. Tymczasem we wspólnotach mieszkaniowych, złożonych z właścicieli lokali, i zainteresowanie jest większe, i frekwencja na zebraniach właścicieli, a w rezultacie i koszty niższe, i kontrola lepsza. Budynki pięknieją w oczach, są remontowane i modernizowane, ku powszechnemu zadowoleniu zwiększają zasobność swych gospodarzy.

Z czego wynika ta różnica? No przecież i tu, i tu mieszkają tacy sami ludzie? To prawo własności czyni cuda! Bo własność to nie tylko większe możliwości, ale również wzrost zainteresowania, kreatywności i poczucia odpowiedzialności. W rezultacie własność to trampolina do rozkwitu i dobrobytu.

Tak, podstawowym zadaniem jest dziś w Polsce uwłaszczenie. Wyrwanie własności z rąk biurokracji i przekazanie jej ludziom z przykazaniem “Dbajcie o nią i bogaćcie się!”. Potrzeba nam ustawy reprywatyzacyjnej, wprowadzenia prywatyzacji w drodze jawnej licytacji, przekazania mieszkań ich mieszkańcom i likwidacji bezkarnych spółdzielczych molochów, agencji, zakładów administrowania nieruchomościami itp.

Legalna akumulacja

A obok uwłaszczenia konieczne jest stworzenie warunków do akumulacji i powiększania własnych zasobów. Tak, aby powszechnie znów zakrólowało przekonanie, że pierwszą złotówkę, pierwszy tysiąc i pierwszy milion można w Polsce uczciwie zarobić, własną pracą i pomysłem. Obecnie jest z pewnością pod tym względem lepiej niż w peerelu, ale nadal wszyscy pracujemy na pół gwizdka. Niedoskonały i rozrośnięty system prawny, przeregulowana gospodarka, skomplikowane podatki i wszechwładza urzędów skarbowych, zabójcze składki na ubezpieczenie społeczne marnotrawią energię i przedsiębiorczość Polaków, sprawiając, że nasze moce są niewykorzystane albo wykorzystywane bezproduktywnie. Znów się kłania przykład z pływaniem i lewymi kończynami, prawda?

Czy praca to kapitał?

W konsekwencji dorobiliśmy się w Polsce olbrzymiej, wprost niewyobrażalnej szarej strefy, tak wielkiej, że chyba połowa Narodu musiałaby zasiąść w komisjach śledczych, by ujawnić jej prawdziwy rozmiar. Nie stać mnie na ZUS? To nie rejestruję działalności gospodarczej i robię na czarno. Klienta nie stać na moje usługi? To dogadujemy się bez faktury. Chcę większą pensję? To godzę się na płacę minimalną i minimalne podatki i składki, a “zaoszczędzone” pieniądze dostaję od pracodawcy pod stołem. Albo nawet oficjalnie zatrudniam się na pół albo i ćwierć etatu. W końcu za coś trzeba żyć, a w państwową emeryturę za kilkadziesiąt lat wierzą już tylko ostatni Mohikanie. Polak potrafi, poradzi sobie.

Ale tak rozpasana szara strefa ma niestety drugie dno. Wbrew atrakcyjnym twierdzeniom wielu polityków, że wystarczy obniżyć stopy procentowe a zakwitnie u nas dobrobyt i kapitalizm (kapitał), problemem jest nie cena kredytu, ale oficjalny brak zdolności kredytowej milionów Polaków. Nie ma możliwości uzyskania w banku kredytu na mieszkanie – w którym zamieszkamy i dzięki któremu możemy potem zainwestować – warte 150-200 tysięcy złotych przy nieujawnionych dochodach. I nie ma znaczenia czy kredyt oprocentowany będzie na 1, 3, 5 czy 10%. Żaden bank nie uwierzy, że kredyt zostanie spłacony w 30 lat, gdy kredytobiorca zarabia oficjalnie 840 zł miesięcznie.

Czyli znów wracamy do marnotrawstwa. Nasza praca, często bardzo dużo warta, oprócz tego, że przynosi nam bieżące dochody, nie może stać się zabezpieczeniem kredytu, nie przyczynia się do wzrostu naszych własnych inwestycji. Zarobione legalnie i nieoficjalnie oszczędności leżą więc w szufladzie albo na koncie bankowym i czekają całe lata, aż uzbieramy sami równowartość mieszkania.

Miłość, kapitalizm

Kapitał to legalne pieniądze, nieruchomości posiadające swoich właścicieli i oficjalna praca. To środki służące czemuś więcej niż tylko bieżącej konsumpcji. Wielu Polaków ma albo nielegalne dochody, albo nie jest właścicielem zajmowanych nieruchomości, albo pracuje na czarno lub częściowo na czarno. W konsekwencji żyjemy chwilą, teraźniejszością, bo na przyszłościowe przedsięwzięcia nie możemy sobie pozwolić. Nie jesteśmy kapitalistami. No właśnie. W sumie to nie wiadomo kim właściwie jesteśmy.

Jak więc mamy kochać kapitalizm? Choć z doświadczenia innych narodów wiemy, że w kapitalizmie można zakochać się od pierwszego wejrzenia a on naszą miłość odwzajemni, to większość z nas nie miała jeszcze okazji, by iść z kapitalizmem na pierwszą randkę.

Marcin Bonicki
“Racja Polska” nr 4 [40], lipiec 2005