Instytut Ronalda Reagana
Czy jest na sali Kmicic?

Czy jest na sali Kmicic?

dodano: 19.02.2006

Czyli kto nas obroni przed marnotrawieniem publicznych pieniędzy.

“Rzeczpospolita to postaw czerwonego sukna, za które ciągną Szwedzi, Chmielnicki, Hiperborejczykowie, Tatarzy, elektor i kto żyw naokoło. A my z księciem wojewodą wileńskim powiedzieliśmy sobie, że z tego sukna musi się i nam tyle zostać w ręku, aby na płaszcz wystarczyło; dlatego nie tylko nie przeszkadzamy ciągnąć, ale i sami ciągniemy”.

Nauka, której książę Bogusław Radziwiłł udzielił Kmicicowi, nie daje mi spokoju od czasu grudniowej batalii o unijny budżet. Bojowe deklaracje, gorąca atmosfera, a wreszcie ogłoszony przez premiera sukces o pozyskaniu dla Polski miliardów euro. Rozgrywka toczona na jeszcze wyższym poziomie niż ta opisywania przez Henryka Sienkiewicza w “Potopie”. I tym razem to nasi coś ugrali! Będą pieniądze, będą wydatki, będą nowe publiczne zamówienia.

W cieniu tej ogólnonarodowej euforii, cicho i niezauważenie dobiegł końca rok budżetowy 2005. Publiczne instytucje stworzyły w tym czasie plany wydatków i przychodów na rok obecny.

Wszyscy, zanim jednak zaczną dzielić to co mają i mogą wydać, łączą się w wysiłkach i ramię w ramię walczą o pozyskanie dla własnej miejscowości, reprezentowanej instytucji lub popieranej sprawy jak najwięcej dotacji, subwencji oraz innych form finansowego wsparcia. Każdy sukces rodzi radość porównywalną z tą prezentowaną przez premiera. Każdy sukces uruchamia procedury przewidziane w ustawie o finansach publicznych i prawie zamówień publicznych. Każdy sukces to kolejne wydatki z publicznych funduszy.

Dlaczego więc śmiem porównywać niewątpliwe sukcesy w pozyskiwaniu pieniędzy publicznych z niecnymi zamiarami księcia Bogusława? Cóż, jeśli chodzi o wydatki publiczne, a w tym i realizowane zamówienia publiczne, jestem – delikatnie mówiąc – podejrzliwy. A nabywane z biegiem czasu doświadczenie w tej podejrzliwości mnie umacnia.

Nie będę owijał w bawełnę. Po prostu uważam, że zasadność wielu wydatków jest wątpliwa, a ich racjonalność i użyteczność nieproporcjonalna do nakładów i wydanych pieniędzy, pod przymusem odebranych ledwo wiążącym koniec z końcem podatnikom. Prawo zamówień publicznych ogranicza w pewnym zakresie tę rozrzutność, ale o jej całkowitym wyeliminowaniu możemy zapomnieć. Gdzie zatem jeszcze szukać pomocy, jak bronić się przed marnotrawieniem środków publicznych?

Oszczędności na pewno nie sprzyja centralizacja dochodów publicznych i wrzucanie ich do ogólnokrajowego worka, z którego np. przedstawiciele środowisk lokalnych czy regionów próbują – co zrozumiałe – wyszarpać jak najwięcej na własne potrzeby. Koncentracja na zmaganiach o dotacje i subwencje często jednak wyprzedza refleksję nad sposobem ich spożytkowania. Najpierw coś wywalczymy, a dopiero potem się okaże na co wystarczy – słychać bardzo często. Ale jak już wywalczymy to wydać trzeba, pod groźbą nieuzyskania wsparcia w roku następnym. Więc w naturalny sposób ta nagląca konieczność sprzyja decyzjom pochopnym.

Wiem, że jest to krzywdząca opinia dla wielu osób, pełnych poświęcenia w pracy dla swej społeczności. Bardzo dobrze, że takie osoby są, mam nadzieję, że bardzo liczne. Bo dzięki nim ten system gospodarowania pieniędzmi podatników jeszcze funkcjonuje. I właśnie dlatego należy uczynić wszystko co możliwe, aby ci godni naśladowania ludzie mogli działać jeszcze lepiej.

Jak to osiągnąć? Sposobów pewnie jest wiele. Obserwacja budżetowych zmagań przekonuje mnie, że środki publiczne powinny być gromadzone bezpośrednio przez gminy, powiaty, województwa – a zatem przez te jednostki, które potem będą je wydawać. To one powinny pobierać oraz samodzielnie ustanawiać lokalne podatki określając ich wysokość stosownie do potrzeb. Wówczas skrócą się kolejki do ministrów, wojewodów i innych “dobrych wujków”. I planowanie budżetowe stanie znów na nogi, gdy zamiast gorączkowych poszukiwań sposobów wydania wywalczonych kwot lokalne władze skupią się na rozwiązywaniu najważniejszych problemów i ustalaniu niezbędnych kosztów tych rozwiązań.

Niby proste, ale wprowadzenie takiej zmiany wymaga… No właśnie, czy jest na sali Kmicic?

Marcin Bonicki
“Przetargi Publiczne” nr 2 [3], luty 2006