Instytut Ronalda Reagana
Co się w Polsce „praktykuje”
Jerzy Rzędowski

Co się w Polsce “praktykuje”

dodano: 06.10.2007

To jest autentyk. Urzędniczka – niemłoda i nie początkująca, ale za to utrzymywana z moich podatków – w ciągu pięciominutowej rozmowy udziela mi co najmniej trzech błędnych, bzdurnych informacji i usiłuje odwieść mnie od dochodzenia moich praw.

Jest taka dzielnica w pewnym wielkim polskim mieście – a w dzielnicy lokalny samorząd. Celowo nie piszę jaka to dzielnica ani jakie miasto, bo opisywane przeze mnie zjawiska nie są chyba lokalne.

Składam w samorządowej instytucji podanie w nietypowej sprawie. „Tego nie można złożyć, bo i tak odmówimy” – mówi urzędniczka (co nie przeszkodziło jej dziesięć sekund temu zażądać pliku załączników i zaświadczeń do tego podania). „W porządku, w takim razie poczekam na odmowę na piśmie, wtedy się odwołam”. Urzędniczka krzywi się, ale papiery przyjmuje. Podaję jej kserokopię – „Proszę o potwierdzenie na kopii, że złożyłem”. „O nie, tego się u nas nie praktykuje!”. Zacytowanie przepisów sprawia, że jednak „się praktykuje” i potwierdzenie dostaję. Gdybym miał mniej uporu albo mniej wiedzy o moich prawach, już dwa razy miałbym powód, żeby odejść z niczym!

To jednak nie koniec. Nietypowość sprawy wynika z niechlujstwa ustawodawcy, który wypuścił po prostu bubel prawny. Urzędniczka kontynuuje – „Może pan złożyć pozew cywilny przeciwko ministrowi”. „Dlaczegóż przeciw ministrowi?” – dziwię się. „Jak to?” – urzędniczka jest zaskoczona moim zaskoczeniem – „Przecież to minister wydaje ustawy!”.

To jest autentyk. Urzędniczka – niemłoda i nie początkująca, ale za to utrzymywana z moich podatków – w ciągu pięciominutowej rozmowy udziela mi co najmniej trzech błędnych, bzdurnych informacji i usiłuje odwieść mnie od dochodzenia moich praw. Nie zna nie tylko przepisów prawa administracyjnego, ale nawet konstytucji, według której ustawy wydaje sejm a nie minister!

Mógłbym takich przykładów podawać dziesiątki. Mógłbym pisać o autentycznym piśmie prezydenta miasta który zawiesił postępowanie administracyjne z powodu tego, że sejm pracował nad nowelizacją przepisów które – jeśliby weszły – były niekorzystne dla mnie a korzystne dla miasta. Oficjalnie mi napisał, że czeka aż stracę swoje prawa! Mógłbym napisać o urzędnikach twierdzących z rozbrajającą szczerością, że jakiś przepis owszem, jest, ale w tym urzędzie się go nie stosuje, „bo oni mają inną praktykę”. Mógłbym…

Chodzi mi jednak o coś innego. To co opisałem, było oczywiście przejawem głupoty, rażącej niekompetencji i złej woli. Czyli – zjawisk które istnieją od początku świata i, niestety, istnieć będą.

Tylko – dlaczego za moje, podatnika, pieniądze?

Szewc, kioskarz czy tapicer mogliby zatrudniać za swoje pieniądze chamskiego i niekompetentnego pracownika – bo na przykład jest to szukający pracy siostrzeniec sąsiada. Mogliby, bo robiliby to za własne pieniądze. Jednak takie przypadki rzadko się zdarzają, bo taki pracownik odstraszyłby klientów.

Czy urząd ma prawo robić inaczej, tylko dlatego że jest monopolistą i „klient” nie może sobie pójść do konkurencji?

Młodzi ludzie po studiach – także prawniczych – wyjeżdżają do Wielkiej Brytanii podawać piwo i sprzedawać bieliznę, bo nie mogą znaleźć pracy w Polsce. Jednocześnie – w urzędach, oprócz fachowców, siedzą również „panie Mariolki” (z całym szacunkiem dla wszystkich Mariol…) których jedyną kompetencją jest pokrewieństwo z aktualnym radnym dzielnicy lub zażyłość z dyrektorem urzędu.

To ostre słowa. Nie godzę się jednak na sytuację, w której publiczne finanse są tak marnotrawione, w której z moich podatków zatrudnia się osoby nie tylko niekompetentne, ale i nie widzące potrzeby dokształcenia się.

Gdyby do tego dopuścił prywatny przedsiębiorca, byłaby to tylko nieudolność. Gdy do tego dopuszcza dysponent publicznych pieniędzy, jest to po prostu defraudacja.

Jerzy Rzędowski