Instytut Ronalda Reagana
Ameryka traci rozsądek

Ameryka traci rozsądek

dodano: 04.10.2008

Rozmowa z Dickiem Armeyem

Rz: Za ustawą o wykupie złych aktywów opowiadał się prezydent, sekretarz skarbu, prezes Rezerwy Federalnej, przywództwo obu partii w Kongresie, a także obaj kandydaci na prezydenta. A mimo to ogromna część społeczeństwa, powiedziała: nie! Czy nie jest to oznaka choroby amerykańskiej demokracji? Czy to nie ona znajduje się w największym kryzysie?

Nie wydaje mi się. Demokracja polega na tym, że w ostatecznym rozrachunku przeważa wola narodu. Moim zdaniem najbardziej reprezentatywną instytucją w tym kraju jest – zgodnie zresztą z nazwą – Izba Reprezentantów USA. Krótkie, dwuletnie kadencje zmuszają zasiadających w niej polityków do tego, by być w nieustannym, bliskim kontakcie z wyborcami, słuchać ich opinii. Nie mają luksusu stabilnej, pewnej posady, która izoluje od społeczeństwa. Muszą słuchać, co mówią prawdziwi, normalni ludzie, a ci ludzie mówią im: to zła ustawa, nie powinniśmy jej przyjmować. Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której siły demokracji reprezentatywnej działają przeciwko spanikowanemu establishmentowi, próbując okiełznać jego działania.

Uważa więc pan, że ostrzeżenia tego establishmentu są grubo przesadzone, że Ameryce nie groziłby bez tej ustawy gospodarczy krach?

Nie ma nic bardziej przesadnego niż pełne czarnych, posępnych wizji przepowiednie i prognozy polityków, próbujących poszerzyć swą bazę polityczną. Gdy w poniedziałek rynek poleciał ostro w dół, wielu zwolenników ustawy mówiło: „I co, widzicie? Już się zaczyna!”. Ale już we wtorek giełda poszła w górę i większość z nich nie pisnęła słowa. To, co się dzieje, nie jest żadną katastrofą i nie grozi, wbrew temu co mówią niektórzy, katastrofą. To raczej poważna niedogodność dla bardzo wielu bogatych ludzi.

Czyli tak naprawdę nie ma się czego obawiać, wystarczy zostawić sprawy własnemu biegowi i rynek znajdzie sam wyjście z sytuacji?

Oczywiście, że tak. Gdy się przyjrzeć okresowi ostatnich kilkunastu lat w Ameryce, to widać wyraźnie, że był to czas nadmuchanych cen nieruchomości. Powodem były nieodpowiedzialne praktyki kredytowe. Rynek tego w końcu nie wytrzymał i doszło do korekty – nieruchomości osiągnęły wreszcie rzeczywistą wartość rynkową. To było nienormalne, że dom wart 300 tysięcy dolarów, sprzedawany był za 350 albo i więcej. Normalne jest to, że ceny spadły z powrotem do realnego poziomu. To nie katastrofa.

Kto według pana ponosi odpowiedzialność za ten kryzys?

Moim zdaniem nieskrępowany niczym rynek, rynek sam w sobie, nigdy nie doprowadziłby do aż tak wielkiego galimatiasu. Mamy raczej do czynienia z następstwem długich lat błędnej polityki. Głęboko wierzę w to, że każda zła praktyka gospodarcza, jaka pojawia się w sektorze prywatnym, wykluwa się w sektorze państwowym. Prywatny biznes zwyczajnie ją przejmuje. W tym przypadku wszystko zaczęło się od sponsorowania przedsiębiorstw przez państwo – mam na myśli Fannie Mae i Freddie Mac [powszechnie stosowane nazwy dwóch notowanych na giełdzie, ale sponsorowanych przez rząd przedsiębiorstw finansowych zajmujących się kredytami hipotecznymi, ich gwarantowaniem i wtórnym rynkiem – przyp. red.].

Wynaturzenie rynku osiągnęło zenit wraz z narzuceniem przez władze wymogów prawnych dla kredytodawców. Chodzi o dwa przepisy, które w dłuższej perspektywie ujawniły ogromną moc niszczycielską. Pierwszy to tak zwana ustawa o reinwestycji w społeczność lokalną, która nakazuje bankom, by 30 procent ich portfolio stanowiły kredyty subprime. Czy może pan sobie wyobrazić sytuację, w której banki z własnej, nieprzymuszonej woli dają pożyczki ludziom, których podejrzewają o to, że nie będą w stanie ich spłacić? Raczej nie. Tymczasem zmusza ich do tego prawo!

Drugi zgubny przepis to nakaz wyceny aktywów banku zgodnie z ich ceną rynkową. Wymóg ten sprawia, że w sytuacji takiej jak obecna, gdy pęka bańka rynkowa, nawet zdrowe, silne firmy mogą wyglądać na papierze jak całkowici bankruci. To właśnie stąd biorą się gwałtowne upadki renomowanych przedsiębiorstw, jakich całą serię ostatnio widzieliśmy. Wystarczy naprawić błędne przepisy, skorygować chorą politykę rządową, a rynek sam znajdzie drogę do poprawy. I cały ten kryzys nie będzie wcale wyglądał tak strasznie, jak niektórzy to przedstawiają.

Nie wydaje się panu, że wielu zwykłych Amerykanów, którzy tak głośno obwiniają dziś klasę polityczną, także ponosi część winy. W końcu to oni brali te kredyty hipoteczne, od których wszystko się zaczęło…

Oczywiście, właśnie od nich należałoby zacząć: od ludzi, którzy pożyczali ogromne pieniądze, mimo że zdawali sobie sprawę, iż nie powinni zostać zakwalifikowani do kredytu i że nie będą w stanie spłacić go w przyszłości. Następni w kolejce są ci, którzy pożyczali tego rodzaju ludziom. Ustalenie z dużą dozą prawdopodobieństwa, kto może, a kto nie może sobie pozwolić na pożyczenie określonej kwoty pieniędzy, nie jest wcale aż takie trudne. To nie jest fizyka kwantowa, to dla bankierów chleb z masłem, tym się w końcu zajmują na co dzień.

Kolejni winni to Freddie Mac i Fannie Mae, którzy mówili bankom: nic się nie przejmujcie, rozdawajcie te złe kredyty, my i tak zdejmiemy wam ten problem z głowy. Odkupimy je od was, powiążemy w paczki i sprzedamy jako obligacje, papiery wartościowe podparte wierzytelnościami hipotecznymi. I tu spotykamy następnego winnego – agencje ratingowe, których zadaniem jest ocena jakości kredytów objętych daną obligacją. Agencje te nie wywiązywały się z zadania, dostarczały złych informacji firmom inwestycyjnym, które skupowały te złe papiery. To był cały łańcuch złych decyzji, który był wynikiem powszechnego przekonania, że nic nikomu nie grozi, że możemy pozwolić sobie na wszystko, bo rząd i tak nas wyratuje. I to jest źródło całego zła. Nie lubię hazardu, nie gram w pokera, bo po pierwsze nie za bardzo potrafię, a po drugie wiem, że to ryzykowna zabawa. Ale jeśli powiesz mi, że podatnicy pokryją każdą moją stratę, każdą moją stawkę w grze, to czemu nie, chętnie zagram, a nawet postawię wszystko, mając w ręku parę dziesiątek.

Uważa pan zatem, że źródłem całego zła było zachowanie państwa…

Nie ulega to najmniejszej wątpliwości. Mamy do czynienia z przypadkiem państwa, które przestało się samo kontrolować, które zapomniało o własnych ograniczeniach. Państwo nie może zabezpieczać każdej błędnej praktyki gospodarczej przed jej złymi konsekwencjami. Tymczasem ostatnio w Ameryce rozpowszechniło się przekonanie, że właściwie nie ma nic złego w tym, by państwo zapewniało nam sukces większy od tego, jaki wynikałby z naszych własnych zasług. A także, by chroniło nas przed stratami, jakie ponieśliśmy w wyniku własnej głupoty lub nieostrożności. Rola rządu nie na tym powinna polegać. Rolą państwa jest jedynie pilnowanie, by respektowane były reguły gry.

Rozmawiamy po przyjęciu poprawionego projektu ustawy ratunkowej przez Senat, ale przed głosowaniem w Izbie Reprezentantów. Czym to się pana zdaniem skończy?

Sam jestem ciekaw. Przede wszystkim należy jednak pamiętać, że z punktu widzenia historii naszego parlamentu i wypracowanych przez lata reguł współpracy między jego izbami jest czymś niezwykle dziwnym podejmowanie przez Senat inicjatywy ustawodawczej w kwestii związanej z podatkami. Zdaniem wielu osób, moim także, nie jest to zgodne z naszą konstytucją. Wielu członków komisji ds. fiskalnych w Izbie Reprezentantów, do których wpłynie z Senatu ten projekt, poczuje się w obowiązku go odrzucić już choćby dlatego, że taka procedura jest niezgodna z konstytucją.

Mamy więc przywództwo Kongresu (obu izb, obu partii), które nie respektuje przyjętych reguł, mamy administrację, której nie chcą słuchać nawet urzędnicy państwowi należący do tej samej partii, i mamy procedurę, która dla wielu członków Kongresu jest nie do przyjęcia.

Wspomniał pan o administracji Busha. Domyślam się, że jej rządy były dla pana rozczarowaniem?

Rolą Partii Republikańskiej w amerykańskiej polityce powinno być moim zdaniem reprezentowanie tego, co nazwałbym małorządowym konserwatyzmem. Demokraci są za rozrostem państwa, za tym, by rząd wszystkim rządził i wszystko kontrolował. Są naiwni, patrzą na socjalistyczne w swej naturze rozwiązania z romantycznym optymizmem. Zadaniem Partii Republikańskiej powinno być pilnowanie kraju przed tego rodzaju zapędami. Widziałem już w życiu paru prezydentów, którzy mnie albo miło zaskoczyli, albo gorzko rozczarowali i w tej drugiej kategorii George W. Bush bije wszystkich o głowę. Tradycyjni republikanie zawiedli się na nim ogromnie.

Głównie z jakiego powodu?

Konserwatyści wychodzą z założenia, że rząd podejmuje działanie tylko wtedy, gdy jest to absolutnie konieczne. Robi tylko to, co jest właściwe i niezbędne. Tymczasem co było jedną z pierwszych decyzji George’a W. Busha po objęciu urzędu? Stworzenie ogromnego, kosztownego programu edukacyjnego. Wielu z nas uważa także, że wojna w Iraku nie była potrzebna. Z pewnością nie było potrzebne kosz-towne rozszerzenie programu opieki lekarskiej Medicare, tak by obejmował leki na receptę. No i teraz to – gigantyczna góra pieniędzy na wykupienie Wall Street z opresji. Jestem przekonany, że Ronald Reagan walczyłby przeciw temu projektowi z całych sił.

Popierałby dyscyplinę fiskalną, która zresztą była jednym z głównych założeń stworzonego przez pana i przez Newta Gingricha „Kontraktu z Ameryką”?

Zdecydowanie tak.

Myśli pan dziś o czasach “Kontraktu” z rozrzewnieniem?

Często powtarzam, że za mojego życia Partia Republikańska miała trzy momenty prawdziwej wielkości. Pierwszy w 1964 roku za Barry Goldwatera, który zasłynął słowami: „Ekstremizm w obronie wolności jest cnotą”. Drugi to prezydentura Reagana. I trzeci to „kontrakt z Ameryką”. Przez jakieś pięć lat udawało się błyszczeć naprawdę wielką jasnością. Mieliśmy pełne prawo być dumni z tego, kim byliśmy i co robiliśmy. Ale wkrótce po odejściu z Kongresu Gingricha i moim, republikanie na Kapitolu odwrócili się od tego, co osiągnęliśmy, i poszli w innym kierunku.

Tymczasem dziś przyszłość amerykańskiego ruchu konserwatywnego nie wygląda zbyt różowo.

Zobaczymy, czym to wszystko się zakończy. Jeśli się okaże, że prezydent Bush, sekretarz Paulson, Nancy Pelosi, Harry Reid i cała reszta odniosą sukces i przepchną tę ustawę i jeśli za parę tygodni Obama zostanie wybrany na prezydenta, to rzeczywiście, przyszłość będzie się rysować w dość ciemnych barwach. Przynajmniej dla ludzi takich jak ja, którzy kochają wolność. Najważniejsza będzie wtedy odpowiedź na pytanie: czy Ameryka nie zatraciła umiejętności powrotu do własnych korzeni i odbicia się od dna? Kiedyś mój znajomy z Tajwanu powiedział mi: Amerykanie mają jeden problem – nie rozumieją, jakim tak naprawdę złem jest komunizm. To prawda. I ponieważ Amerykanie nie rozumieją tego tak dobrze, jak na przykład Polacy, mają skłonność do romantycznego patrzenia na zbawienną rolę państwa, na jego zdolność zarządzania i kontrolowania gospodarki. Wydaje mi się, że dziś w Polsce i innych krajach waszego regionu ludzie mają większy apetyt na wolność niż tu, w Ameryce.

Niektórzy komentatorzy, szczególnie w Europie Zachodniej, mówią wręcz o początku procesu upadku amerykańskiej potęgi. Mówią, że ten kryzys to pierwsza istotna oznaka tego procesu.

Wiele zależy od tego, czym zakończy się obecne przesilenie. Jeśli na fali paniki przeforsowane zostanie kolejne ogromne zwiększenie roli państwa i zakres jego kontroli nad amerykańską gospodarką, a potem na prezydenta zostanie wybrany Barack Obama, który moim zdaniem jest po prostu romantycznym egalitarystą, wtedy będzie można mówić o groźbie rzeczywistego, długotrwałego spadku pozycji i siły Ameryki. Relatywnie rzecz biorąc, potęga Ameryki tak czy owak nie jest już taka, jak kiedyś, bo inne kraje urosły bardzo w siłę. Ale dzieje się tak również dlatego, że w wielu tych krajach – na przykład w Szwecji – ludzie się opamiętali, zaczęli bardziej realistycznie myśleć o roli państwa. Gdy oni się opamiętują, Amerykanie zaczynają tracić zdrowy rozsądek. Ale fundamenty gospodarcze Ameryki wciąż są silne i jeśli rząd ich nie osłabi, to ci w Europie, którzy liczą na nasz rychły upadek, mogą się go nie doczekać.

Widzi pan na horyzoncie kogoś, jakiegoś przywódcę, który będzie w stanie wydźwignąć konserwatystów z dołka?

Dziś nikogo takiego nie widzę, ale warto pamiętać, że jeszcze w początkach 1994 roku większość ludzi uważała Newta Gingricha i Dicka Armeya za parę skrajnie prawicowych dziwaków. A tymczasem niedługo potem udało nam się przeprowadzić prawdziwą rewolucję.

Co pan sądzi o zjawisku pod tytułem „Sarah Palin”?

Myślę, że to bardzo ciekawe zjawisko. Palin stała się obiektem niesamowicie agresywnej napaści ze strony liberałów. Oni zawsze gwałtownie atakują, gdy są przestraszeni, widać więc wyraźnie, jak bardzo się jej boją, że stanowi dla nich poważne zagrożenie. Z jednego prostego powodu: ona ma rzadką umiejętność mówienia do zwykłych ludzi w całej Ameryce. Ale nie wiem, czy to ona może stanąć na czele konserwatystów, czy ktoś inny. Bo są i inni, są w tym kraju ludzie pokroju Reagana, wystarczająco zdolni, silni i młodzi, by w przyszłości objąć przywództwo. Na przykład gubernator Karoliny Południowej Mark Sanford. Wierzę głęboko, że najlepsze dni wolności w Ameryce są dopiero przed nami.

Piotr Gillert
“Rzeczpospolita”, 04.10.2008

Dick Armey – (ur. 1940) – ekonomista i polityk, przez niemal 20 lat zasiadał w Izbie Reprezentantów, z czego przez osiem był liderem republikańskiej większości. Współautor „Kontraktu z Ameryką”, konserwatywnej platformy wyborczej, która w połowie lat 90. dała republikanom dominację w obu izbach Kongresu. Dziś zasiada we władzach firmy prawniczej DLA Piper, przewodzi też organizacji „FreedomWorks”, która działa na rzecz zmniejszenia podatków i ograniczenia roli państwa.